środa, 30 listopada 2011

Problemy i szkło


   Życie po piciu. Życie w trakcie picia. Dwa światy. Ale światy istniejące wewnątrz. Świat  zewnętrzny był wtedy i jest teraz taki sam. Dokładnie taki sam. Ma swoje radości, smutki, szczęścia, nieszczęścia. Cała różnica bierze się z jego postrzegania. Postrzegania teraz i postrzegania przez szkło butelki. 

   Gdy pojawił się problem, szkło go zniekształcało na dwa sposoby. Albo go wyolbrzymiało, albo bagatelizowało. Albo urastał do granic nie do pokonania, albo wydawał się śmieszny i do rozwiązania zaraz jutro. Gdy urósł do niepokonalnych granic, to z bezsilności trzeba było wypić, bo i tak nie ma mocnych. To po co  cokolwiek robić? A z kolei gdy wydawał się błahy, to jutro się go rozwiąże. Oczywiście nie dzisiaj. Bo dzisiaj wypiłem tylko kilka drinków i wiadomo, że w tej chwili nic nie mogę załatwić. Ale jutro zaraz z rana ogarnę go bez dwóch zdań. I przychodziło to rano. Problem przez noc powiększał się, w miarę pomniejszania się stężenia alkoholu we krwi. Rano był już w miarę naturalnych rozmiarów. To była ta chwila, aby się za niego wziąć. I wtedy przypominał się ten błogi stan po drinku, gdy wiedziałem wszystko jak go rozwiązać , jakie mam genialne pomysły. I decydujący moment: zacisnąć zęby i brać się za bary z życiem, czy skusić się na złudną pewność siebie, pewność wszechmocy. Pokusa była nie do odparcia. Drink, drugi i znów wszystko proste i łatwe. Ale nie teraz, jutro...

   I tak jutro, pojutrze, za tydzień, miesiąc. I jestem tu gdzie jestem. Problemy nie rozwiązane. Narosły. Doszły inne. Boję się. Bardzo się boję. Ale nie popatrzę już na nie przez szkło. Wiem jakie są, znam ich rozmiar. Realny, prawdziwy. Nie pomniejszę go już na jedną noc. Przespałbym wtedy nie tylko tą jedną noc. Przespałbym życie. Przespałbym? Nie. Tu nie ma miejsca na eufemizmy. Przepiłbym. Zabiłbym.


poniedziałek, 28 listopada 2011

Małe rzeczy


   Cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest! 

   Śpiewa sobie tak Sylwia Grzeszczak. Znacie? Ja słuchałem jej nie jeden raz. Nie dało się inaczej nie tak dawno. Każde włączenie radia w domu czy w samochodzie kończyło się po paru, najwyżej kilkunastu, minutach nadejściem tej piosenki. Nie podoba mi się w niej ta maniera śpiewania, to sylabizowanie w refrenie. Nie ważne. Jednak dzisiaj ten tekst do mnie powrócił. Powrócił za sprawą właśnie małej rzeczy, z której się dzisiaj ucieszyłem.

   Zadzwoniła do mnie żona.  Na dzisiaj była umówiona wizyta u ortodonty dla naszej młodszej córeczki. Nie mieszkamy razem. I zapytała, czy mogę pojechać z Moniką, bo ona nie może wyjść wcześniej z pracy. I mogłem pojechać. Pojechałem. Zawiozłem córkę, byłem z nią, odwiozłem. Porozmawiałem z córką. Umówiliśmy się na jutro. Przyjedzie do mnie, bo chce żebym jej pomógł w matematyce i fizyce. Nie ma sprawy. Pomogę. I co w tym wszystkim takiego niesamowitego, że aż o tym piszę? Nic. 

   Ale nie dla mnie. Nic tu nie ma dziwnego dla nie-alkoholików. Dla nich to zwykła rzecz, na którą nawet uwagi nie zwrócą w zabieganym dniu. Co najwyżej się wnerwią, bo nagle muszą plany zmienić i z córką gdzieś tam pojechać. Nie będą się tym cieszyć. No bez żartów. Czym się tu cieszyć? Obowiązek i tyle.

   A ja tym się cieszyłem. Nie musiałem już wymyślać niestworzonych rzeczy, aby od wyjazdu się wykręcić. A jedynym powodem w takich przypadkach dawniej było to, że byłem wypity. Nie musiałem tego robić dzisiaj. Telefon - jestem potrzebny córkom - jadę. Prosty schemat. Cieszę się, że ten schemat dzisiaj odpalił. Że byłem w tym.

  Niesamowite, z jak prostych i zwykłych rzeczy może cieszyć się alkoholik. Doceńcie te rzeczy wy, których ta pieprzona choroba nie dotknęła.


niedziela, 27 listopada 2011

Nauki weekendowe


   Były, a pewną są i nadal w księgarniach książki typu: "Nauka żeglowania w weekend", "Nauka tenisa w weekend" , itp. Zawsze interesowało mnie, kto i po co kupuje takie bzdety. Widocznie są jednak nabywcy, bo zawsze tego było pełno na półkach. Ciekawe czego się z nich nauczyli. Oprócz oczywiście nauki na przyszłość, żeby więcej takich dzieł nie kupować. Nie twierdzę, że nie można się nauczyć żeglować w weekend. Wszystko można. Ale osobiście nie wybrałbym się z kimś tak wyuczonym w rejs dookoła świata. Na podobnej zasadzie miałbym mieszane uczucia, leżąc na stole operacyjnym z powodu wady wzroku, a mającemu mnie operować lekarzowi wystawałaby z kieszeni fartucha książka "Nauka mikrochirurgii oka w weekend".

   Dlaczego o tym piszę? Bo gdyby to działało, to szukałbym jak szalony książek: "Nauka życia w weekend", "Nauka nie dręczenia się przeszłością w weekend", "Nauka radości z tego co mamy w weekend" i wiele jeszcze innych weekendowych nauk. Poświęciłbym kilka piątkowo-sobotnio-niedzielnych wieczorów na czytanie i wiedziałbym już dokładnie jak mam żyć po piciu. Ale to tak nie działa. 

   I dobrze, że to nie działa. Jest ciężko, jest trudno, są wzloty i upadki. Nie ma innej drogi rozwoju. Aby coś mogło się rozwinąć, wcześniej musiało być zwinięte, zawinięte. Dużo i mozolnie przez wiele lat zawijałem. Gdy wiedziałem, że brnę w coś czego nie chcę, zawijałem to w wyszukane, stwarzane na poczekaniu teorie. Gdy byłem na kogoś wściekły, miałem czegoś dosyć, zawijałem to w maskę spokoju. Niepewność zawijałem w pozory pewności. I co mam z tego teraz? Byłem jak małe dziecko, które zamyka oczy i myśli że go nie widać. Ale zawinięte nie zniknęło. Mało, że nie zniknęło, to jeszcze urosło schowane w podświadomości. To, że zdaję sobie teraz z tego sprawę stanowi warunek konieczny, ale nie wystarczający do rozwoju. Po zdaniu sobie sprawy z położenia, najtrudniejsze dopiero przede mną. Trzeba zacząć iść.

   Ja wiem, że pierwsze kroki będą nieporadne. Że będę się potykał, szedł niepewnie. Chcę mieć teraz w sobie zawziętość dziecka, które uczy się chodzić. Upada na tyłek, no boki, ale zawsze wstaje i próbuje dalej. Przecież mogłoby siedzieć bezpiecznie w łóżeczku. A bo źle mu tam? Nikt mu tego  nie powiedział, a jednak dziecko czuje, że taka jest kolej rzeczy. Trzeba się rozwijać, bo pozostanie w miejscu to rezygnacja z prawdziwego życia. Dobra. Nie ma co się rozpisywać. Komu let`s, temu go! 


                  Zawsze trzeba wiedzieć, kiedy kończy się jakiś etap w życiu. Jeśli uparcie chcemy w nim     trwać  dłużej niż to konieczne, tracimy radość i sens tego, co przed nami.
                                                                             
                                                                                                                      Paulo Coelho


sobota, 26 listopada 2011

Zaproszenie

  
Pukam do drzwi kamienia.
- To ja wpuść mnie.
Chcę wejść do Twojego wnętrza,
Rozejrzeć się dokoła,
Nabrać ciebie jak tchu.

- Odejdź- mówi kamień.-
Jestem szczelnie zamknięty.
Nawet rozbite na części
Będziemy szczelnie zamknięte.
Nawet starte na piasek
Nie wpuścimy nikogo.

Pukam do drzwi kamienia.
- To ja,wpuść mnie
przychodzę z ciekawości czystej.
Życie jest dla mnie jedyną okazją.
Zamierzam przejść się po Twoim placu,
A potem jeszcze zwiedzić liść i kroplę wody.
Niewiele czasu na to wszystko mam.
Moja śmiertelność powinna Cię wzruszyć.

-Jestem z kamienia - mówi kamień-
i z konieczności muszę zachować powagę.
Odejdź stąd.
Nie mam mięśni śmiechu.

Pukam do drzwi kamienia.
-To ja wpuść mnie.
Słyszałam, że są w Tobie wielkie puste sale,
Nie oglądane, piękne nadaremnie,
Głuche, bez echa czyichkolwiek kroków.
Przyznaj, że sam niedużo o tym wiesz.

-Wielkie i puste sale- mówi kamień-
ale w nich miejsca nie ma.
Piękne, być może, ale poza gustem
Twoich ubogich zmysłów.
Możesz mnie poznać, nie zaznasz mnie nigdy.
Całą powierzchnią zwracam się ku Tobie,
A całym wnętrzem leżę odwrócony.

Pukam do drzwi kamienia.
-To ja, wpuść mnie.
Nie szukam w Tobie przytułku na wieczność.
Nie jestem nieszczęśliwa.
Nie jestem bezdomna.
Mój świat jest wart powrotu.
Wejdę i wyjdę z pustymi rękami.
A na dowód, że byłam prawdziwie obecna,
Nie przedstawię niczego prócz słów,
Którym nikt nie da wiary.

-Nie wejdziesz- mówi kamień.-
brak ci zmysłu udziału.
Żaden zmysł nie zastąpi Ci zmysłu udziału.
Nawet wzrok wyostrzony aż do wszechwidzenia
Nie przyda ci się na nic bez zmysłu udziału.
Nie wejdziesz, masz zaledwie zamysł tego zmysłu,
Ledwie jego zawiązek, wyobraźnię.

Pukam do drzwi kamienia.
-To ja wpuść mnie.
Nie mogę czekać dwóch tysięcy wieków
Na wejście pod Twój dach.

-Jeżeli mi nie wierzysz- mówi kamień-
zwróć się do liścia, powie to, co ja.
Do kropli wody, powie to, co liść.
Na koniec spytaj włosa z własnej głowy.
Śmiech mnie rozpiera, śmiech, olbrzymi śmiech,
Którym śmiać się nie umiem.

Pukam do drzwi kamienia.
-To ja wpuść mnie.

-Nie mam drzwi- mówi kamień.


   Kiedyś tam, takie zjawisko jak Wisława Szymborska, nie było dla mnie warte uwagi. Nobel za poezję? Bez sensu. Nigdy nie czytałem jej wierszy. Nie znam jej poezji. I nie poznam. Bo ten wiersz wystarcza mi za całą jej poezję. Napisała zapewne wiele równie dobrych. Nie wątpię. Ale po co je czytać  teraz?  Każdy kolejny będzie tylko rozmazywaniem. W tym jest powiedziane wszystko. Wystarczy tylko przeczytać.

   Natknąłem się na niego przypadkowo. Czy aby na pewno przypadkowo? Czy wręcz przeciwnie? Był przypadek, czy go nie było? Nikt tego nie rozstrzygnie. Aby to rozstrzygnąć trzeba otworzyć drzwi kamienia. Ale on nie ma drzwi. Po co mu drzwi? Drzwi są stworzone w twoim umyśle. A kamień ciebie tylko zaprasza. I śmieje się, gdy z zaproszenia nie korzystasz.


piątek, 25 listopada 2011

Zagwiżdżę


   Przyszły tydzień wiele wyjaśni. Wiele pokaże. Tak będzie w moim przypadku. Zobaczymy. Na pewno napiszę o tym. Ale póki co, zastanawia mnie taka właśnie konstrukcja językowa: przyszły dzień, tydzień, miesiąc, rok coś tam pokaże. Tak fajnie się mówi: czas pokaże. A co może pokazać ci czas? Widziałeś kiedyś czas? Ja wiele wypiłem, miałem jazdy, ale nawet w największych odlotach nie widziałem czasu. 

   To jest przerzucanie odpowiedzialności za swoje życie na jakiś niedefiniowalny "czas". Bo może boimy się wziąć odpowiedzialności sami za siebie. Za decyzje. Za ich konsekwencje. Może zawsze coś się nie udać. Ale wtedy zostaje furtka: czas pokazał. Nic nie pokazał. Jednak jest łagodniej. To nie ja zawaliłem, to nie moja wina, czas pokazał...

    Dlatego napiszę tak: jeśli mi coś w przyszłym tygodniu nie wyjdzie, nie pójdzie po mojej myśli, to będzie to zwyczajne. Nic się nie stanie. Wstanę, umyję się, zagwiżdżę i podejmę kolejną próbę. W wierszu Stachury było po umyciu się i zagwizdaniu zejście w doliny zaludnione w poszukiwaniu nowej narzeczonej. I nie znalazł jej. Znalazł samobójczą śmierć. To była jego narzeczona, jej szukał. Kilkakrotnie wymienili już śmiertelne pocałunki. Zapoznali się. Spodobali się sobie. I połączyli się. Tylko, że śmierć istnieje nadal. A jego już nie ma. To nie  była uczciwa gra z jej strony. Wiedziała, że nie ryzykuje  niczym, bo jest nieśmiertelna, a on ryzykuje wszystkim co ma. A jednak go przyciągnęła, omamiła. I dlatego gdy coś nie wyjdzie, to właśnie wstanę, umyję się, zagwiżdżę. 
 
I spróbuję ponownie.


czwartek, 24 listopada 2011

Mielec, Rozwadów, Przemyślenia


   Powiedział mi ktoś, że nie da się nabrać na kłamstwa. Ma wbudowany radar je wykrywający. Coś jak nietoperz. A swoją drogą, nie wiedziałem, że nietoperze są tak niesamowicie inteligentne. Naprawdę. Są najbardziej inteligentnymi zwierzakami. One mają radar. Wyposażyła je tak natura. Człowieka wyposażyła w intuicję. Nie każdy umie z niej korzystać. Dla jednych jest darem, dla innych przekleństwem. Chciałbym teraz napisać na blogu o tym kimś. Nie napiszę. Ale ta osoba wie, że o niej piszę. Ten blog to moja walka z ciemną stroną mocy, to moje rozliczenie się z przeszłością, i szansa na przyszłość. Nie mogę mieszać w to innych.

   Powiedziałem kiedyś, pomyśłałem, że nie powinno się oceniać. Bo nie powinno się. Ale bez oceniania nie ma życia. Na ocenianiu jest oparte wszystko. Musimy oceniać by żyć. Bez tego zginiemy. Może nie do końca my. Ale zginie nasz mózg. On inaczej nie umie. Spotykasz kogoś. Oceniasz. A dokładniej: porównujesz. Porównujesz z tym co już znasz. Mózg musi mieć odniesienie. Bez niego jest zerem. Gdy byłaś/byłeś dzieckiem dwuletnim. Ocenialiście? Nie sądzę. Odbieraliście świat takim, jakim był. Były to przecudowne lata. Pierwsze lata na świecie. Dopiero później wczytali nam porównania i oceny. To jest dobre, to jest złe. Zaczęlismy wartościować. I zaczęło się piekło. Ktoś jest ładniejszy? Cierpię. Ktoś ma więcej kasy? Cierpię. Ktoś jest według mnie szczęśliwy? Cierpię. Cierpię bo się porównuję. 

   I ja teraz cierpię. Bo porównuję się z innymi. Ludzie w moim wieku mają już wszystko poukładane. Mają rodziny, pieniądze, samochody. A ja co mam? Nie mam nic. Nie mam pieniędzy, nie mam bogoactwa, domu nawet nie mam. Znałem też wielu ludzi, którzy mieli to wszystko, czego ja teraz nie mam. I czy byli szczęśliwi? Nie. Nie byli. Słyszałem słowa: charowałem dzień i noc, zapieprzałem jak mogłem i co? Żona odeszła. Miała wszystko. Dlaczego? Dlaczego odeszła, skoro miała wszystko. Dlatego odeszła, że nie było szczerości, prawdy. Ona oszukiwała ciebie, a ty ją. Oboje wiedzieliście, że udajecie. Że prowadzi to do rozstania. Wiedzieliście, ale pozwoliliście temu biec dalej.Tak było na ten moment wygodniej. Strach rządził.

   Nie chcę już cierpieć i nie będę. Tym blogiem rozliczam się z przeszłością. Była. Minęła. Świat mimo wszystkich jego wad jest wspaniały. Wady sami mu przypisujemy. On jest taki jak ma być. 

   Dzisiaj zewsząd atakują nas Queen'em. Fredkiem. I mają rację. Tylko czy wiedzą o czym piszą? Dla mnie był genialny. Są jakieś plebiscyty urządzane. Głosowania, która piosenka była najlepsza. Porównania. Powiem, że ta była najlepsza, tym samym inną spuszczam w dół. Wszystkie były najlepsze. Bo każda była inna. Każda coś niosła. W czym na przykład genialny utwór "the show must go on" jest lepszy od równie genialnej "bohemian rhapsody"? W niczym. Nie można ich porównać. Sam początek pierwszego wymiata: "empty spaces - what are we living for". No właśnie. Pytania takie zadawali filozofowie wielcy. I nie znaleźli na nie odpowiedzi. I nie znajdą. Bo na całe szczęście odpowiedzi na nie nie ma. Gdyby była, wszystko stałoby się proste, jasne i pewne. Tego chcecie? A gdzie niepewność? To ona nadaje życiu sens. To ona czyni go pięknym. Żyjcie, planujcie, realizujcie. Ale tak naprawdę, to nieprzewidywalność nadaje sens wszystkiemu.



środa, 23 listopada 2011

Boję się


   Boję się pisać tego posta. Boję się, bo czuję, że głód alkoholowy daje o sobie znać. Mam mnóstwo problemów. Życiowych, finansowych. Byłem kiedyś tam cały w niebiosach, bo wydawało mi się, że pokonałem to moje pieprzone, wódczane życie. Jednak nie. Jednak daje o sobie znać. Nienawidzę go. Mam teraz zajebistą ochotę pójść do sklepu i kupić sobie wódkę. Nie pójdę. Nie pójdę po śmierć...


wtorek, 22 listopada 2011

Czas


   Dzisiaj córeczki śpią u mnie. Odrobiłem z nimi zadania. Przygotowaliśmy razem obiad i kolację. Fajnie i miło. Tak bardzo chciałbym cofnąć czas.... Nie potrafię. A właściwie co to by być miało, to cofanie czasu? Cofnięcie i przeżywanie tego na nowo? To bez sensu. Myślę, że jak ktoś mówi o cofnięciu czasu ma na myśli powrót do jakiejś sytuacji, zdarzenia  z przeszłości i postąpieniu wtedy inaczej. Wtedy postąpiło się źle, cofamy czas i naprawiamy. Niestety tak nie można. A może stety?

   Dobrze, że tak nie można. Byłoby to łatwe, proste i przyjemne. Coś spieprzyliśmy w życiu? Nie ma sprawy. Cofamy się w czasie i postępujemy inaczej. Radość i gorycz sprawiają, że życie  jest niepowtarzalne. Niesamowite. Niepojęte. I dlatego jest piękne. Dlatego tak pociąga swą tajemniczością. Zawsze masz wybór. Zrobisz coś, a konsekwencje nadejdą. Zawsze. Upomną się. I to jest sedno życia. Czasu nie cofniesz. Nie cofniesz czynów, słów, zachowań. Ale Bóg tak pokierował tym wszystkim, że zawsze daje ci szansę. Zawsze. Czy ją wykorzystasz?

   Ja staram się teraz robić wszystko, aby wykorzystać daną mi od Boga szansę. Szansę na szczerość, na prawdę, na MIŁOŚĆ. Miłość jest wszystkim. Bez niej wszystko jest puste, powierzchowne, sztuczne, udawane. Tylko dlaczego tak trudno się do tego przyznać? Że bez miłości nie ma nas...


poniedziałek, 21 listopada 2011

GPS


   GPS. Fajne urządzenie. Fajnie ktoś pomyślał o tym wszystkim. Ma nas prowadzić, wskazywać drogę na ekranie, podpowiadać. Jak w życiu. Gdy się czasami w nim zagubimy, potrzebujemy podpowiedzi, wskazówek: co robić dalej, dokąd pójść, czym się kierować, co jest ważne. Możemy wtedy skorzystać z rad innych ludzi. Oczywiście, że będą nam życzyć dobrze. Bardzo dobrze. I dzięki im wielkie za to. Ale jeśli nie skorzystamy z ich rad? Popełnimy kolejny błąd. Może i ponownie ten sam błąd. Czego wtedy możemy się spodziewać? W najlepszym razie braku komentarza. A jeśli już skomentują? To na zasadzie: a nie mówiłem?, jak grochem o ścianę, i tak zrobi swoje, szkoda słów....itp.

   I tutaj ukazuje się przewaga GPS-a. A dokładniej, oprogramowania autonawigacji. Ludzie, którzy pisali to oprogramowanie wiedzieli, że człowiek jest tylko człowiekiem. Chociaż ma jasne wskazówki, to i tak czasami zabłądzi. Urządzenie mówi mu, że za 200 metrów ma skręcić w prawo, ale on w tym czasie podziwia widoki po lewej i przejeżdża za daleko. I co wtedy słyszymy z głośnika? Raczej nie to: a nie mówiłem? szkoda do ciebie mówić matole, i tak zrobisz swoje, mam już dość, radź sobie sam, przecież mówiłem wyraźnie: skręć w prawo, a ty miałeś to w dupie, daj mi spokój, nie odzywam się już do ciebie.

   Usłyszymy spokojny głos: jesteś poza trasą, nowa będzie lepsza. Niesamowite. Czyli zabłądzenie to nie koniec świata. Zabłądziłem, ale nowa droga może okazać się lepszą. Nic się nie stało. Wszystko przede mną. 

   Piłeś? Piłaś? Nie ma to znaczenia. To tylko zjechanie z trasy. Nowa będzie lepsza. Nowe życie będzie lepsze.Wierzę w Ciebie.  Kimkolwiek jesteś.


niedziela, 20 listopada 2011

Koncentracja


   Koncentrować można się świadomie na czymś. Na czynności, którą aktualnie wykonujemy. To jest fajne, bo wtedy jesteśmy tylko my i ta czynność. Nie ma świata poza tym. Mieliście tak kiedyś? Wtedy była kwintesencja życia. Wtedy była uważność. Wtedy byliście naprawdę. Można koncentrować się też na tym, co ma być za chwilę. Uczą się tego zawodowi sportowcy. Wyłączają się. Wizualizują. To wszystko jest do wyuczenia. Wytrenowania. Ale jest też koncentracja inna. Nie wiem jak działa. Nie wiem na czym polega. Sami ją programujemy nie wiedząc nawet o tym. Ale mózg doskonale wie o co  chodzi. I działa dokładnie tak, aby nas zadowolić. Pomaga nam. Dlaczego o tym piszę? A dlatego, że zdarzyło mi się coś takiego już chyba z pierdylion razy i dlatego nie może być to przypadkiem. Przesadzam? Nie sądzę.

   Gdy byłem już zdecydowany na zakup nowego samochodu (było to trochę lat wcześniej, teraz nie stać mnie na dobry rower :)) ), to gdy jechałem przez miasto, sam nie wiem jakim cudem nagle widziałem dużo samochodów tej właśnie, wybranej przeze mnie marki, tego modelu. Wcześniej nie zwracałem na nie uwagi. Gdy miałem w planach kupić inny motor (były takie czasy...ech...) to dziwnym trafem jak spod ziemi wyrastały Suzuki Bandit. A jeśli czytają to kobiety, to przypomnijcie sobie: gdy byłyście w ciąży...to czy przypadkiem nie zauważałyście nagle więcej kobiet w ciąży na ulicy? Ciąża to przykład dosadny. Może nim być podobny fason ciucha, torebki, fryzury. To zawsze działa.

    Dzisiaj przeczytałem w necie takie zdanie: "Nie zapomnę artykułu, w którym było napisane o kimś: skończył jak większość alkoholików, zapił się na śmierć..."
Kiedyś tam, nie zwróciłbym na takie zdanie uwagi. A teraz dało mi bardzo wiele do myślenia. Ja tylko je przeczytałem. Ale to mózg podświadomie odpalił mi światełko z napisem: ważne! Podświadoma koncentracja na tym co ważne. Co ważne dla alkoholika. Samoobrona mózgu. Bo gdy ja się zapiję, to i mózg tego nie przeżyje. Niesamowite jak to wszystko działa.

   Abstrahując teraz od powodów, dla których to zdanie tak mnie poruszyło, chcę napisać coś o jego treści. Otóż absolutnie się z nią nie zgadzam. Ja nie prowadziłem badań, jaki procent alkoholików zapija się na śmierć. Wierzę jednak w to co powiedział kiedyś prof. Osiatyński. Powiedział, że tylko ok. 3-5 % alkoholików kończy na ulicy, w brudzie, smrodzie i ubóstwie. To prawda. Ale właśnie przez te kilka procent powstał społeczny "wzorzec" alkoholika. A dlaczego tak mało zapija się na śmierć? Otóż dlatego, że pozostali nie dożyją momentu zapicia się na śmierć. Bo wcześniej zejdą na zawał serca, na wylew, zginą w wypadku, zabiją się sami. Wtedy nikt tego nie wiąże z alkoholem. A za całokształt robią ci nieszczęśnicy z ulicy.

   Byłem na detoksie z leków. Byłem na siedmiotygodniowej terapii w Rozwadowie. Teraz jestem trzeźwy. Ten blog też, w jakimś podświadomym sensie, jest formą terapii. A wszystko po to, aby nie dołączyć do tych 3-5 %. Nie jest czasami łatwo. Ale nikt nie obiecywał, że będzie. Łatwym wydawało się wszystko po wypiciu. Nie chcę już tej pijanej łatwości. Po stokroć wolę trzeźwą trudność. Czego i Wam życzę.