poniedziałek, 13 lutego 2012

Lekcje

   Przemija dół weekendowy. Już jest ok. Robię swoje. Ale tak sobie myślę czasami, jakby to było gdybym po terapii wrócił do swojego domu. Do żony, do córek. Do pracy. A ja wróciłem do samotności. I tak się sobie dziwię, że nie jestem jeszcze na nawrotach. Bo samotność dokucza zawsze. Ale szczególnie daje w łeb człowiekowi na zakręcie. Gdy jak tlenu pragnie drugiej osoby. Bliskości. Wsparcia. U mnie pojawiły się już pierwsze nadzieje na lepsze jutro. Nie chcę zapeszać. Napiszę jak się ziszczą. Ale pomógł mi w tym były alkoholik. Sam przez podobne gówno przeszedł i rozumie. Pomaga.

   Sam się sobie dziwię, co mnie tak ciągnie na AA. Kiedyś wyśmiałbym takie rzeczy. A teraz nie mogę się doczekać kolejnego spotaknia na grupie. Bo jestem tam wśród "swoich". Nikt mnie nie ocenia, sam mogę o wszystkim powiedzieć. To niby niewiele. A z drugiej strony tak bardzo wiele. Udawałem w trakcie picia kogoś kim nie byłem. A tutaj tego wreszcie nie muszę robić. Akceptują mnie takim, jakim jestem. I ja ich akceptuję. Rozumiem.

   Czy nadejdą jeszcze kolejne doły? Nie wiem. Być może. Przyjmę je z pokorą. Bo wiem, że przeminą. Wszystko przemija. I to jest fajne. Gdyby dopadł mnie dół, a miałbym alkohol pod ręką, to naprawdę nie wiem jak by się to skończyło. Może walnąłbym połówkę i pod wpływem strzeliłbym sobie w łeb. Chociaż teraz nie mam czym sobie strzelić. Kiedyś miałem w domu broń. Myśliwską. Dubeltówki, sztucery. Miałem też pistolet. Ale posprzedawałem to dawno. Nie mam juz pozwolenia na broń. I całe szczęście.

   Życie mimo wszystko jest piękne. A gdy ma się przewalone, to docenia się wszystkie jego aspekty. Smakuje się go. To co kiedyś byłoby dla mnie codziennością, teraz jest dla mnie luksusem. Doceniam lekcję. Doceniam naukę z niej płynącą. Boli ta szkoła życia, ale jestem za nią wdzięczny.



niedziela, 12 lutego 2012

Nie poddam się

   Jestem dzisiaj z Córeczkami. Starsza przygotowuje obiad, młodsza ogląda sobie jakieś tam bajki. Są obok mnie. Ja jestem z nimi. To daje siłę. Daje wiarę. Jeszcze raz dzięki "anonimowemu". Ma rację. Kasa to nic. Raz się ją ma, raz nie. Ja miałem wielką, a teraz jestem pusty i z długami na dodatek. Ale naprawdę jego komentarz utwierdził mnie w tym, że najważniejsza jest rodzina. Wiem to, wiedziałem wcześniej. Ale jak napisze ktoś o tym samym, ktoś kto jest w podobnej sytuacji, to daje to kopa. Do życia. Do walki.

   Dzisiaj odeszła z tego świata Whitney. Miała wszystko. Miała miliony dolarów. Ale nie poradziła sobie sama ze sobą. Leczyła się w jakichś tam klinikach. Z tego co się domyślam, to były to kliniki wypasione do bólu. Nastawione na zysk, a nie na leczenie. Pewno było jej tam dobrze, miała dostęp do wszystkiego. Może właśnie dlatego, że było tam za dobrze, terapia nic jej nie dała. Mi terapia dała bardzo wiele. Byłem odcięty od świata. Zero telewizji. Zero netu. Zero komórek. Gdy dowiedziałem się jakie tam warunki obowiązują, to jechać nie chciałem. A później dziękowałem Bogu, że tam się znalazłem. Odcięcie od świata, praca (sprzątanie "rejonów"), wyciszenie. Rozmowy z terapeutami. Sprowadzały na glebę. Do bólu pokazywały jak sam siebie oszukiwałem dawniej. Zajebczo bolało. I tak miało być.

   Jeszcze raz dzięki za komentarze.


Dzięki

   Dzięki za komentarze, dzięki za maile. Na komentarze nie odpowiadam na blogu, taką przyjąłem zasadę. Komentarze są Wasze. Na maile odpowiadam zawsze. Ale mam zamiar podpiąć pod bloga forum. Zobaczymy co z tego wyniknie.

   A na ten moment dzięki za reakcję na wcześniejszego posta. Komentarze dały do myślenia. Maile też.
Napisałem w nim to co myślałem. To co we mnie wtedy siedziało. Pamiętam z terapii takie narzędzie jak "dzienniczek uczuć". Na terapii musiał być prowadzony na bieżąco, codziennie czytany na "społeczności". W pierwszych dniach pobytu w ośrodku smiać mi się z tego chciało. Jak można pisać i czytać co czułem, co myślałem, jakie uczucia temu towarzyszyły. Było to przeze mnie odbierane jako ekshibicjonyzm uczuciowy. Moje uczucia są moje. Po co mam się dzielić nimi z grupą, z obcymi ludźmi. Zrozumiałem i pojąłem wartość tego narzędzia dopiero pod koniec terapii. I wtedy dopiero zacząłem pisać to co naprawdę czuję. I było ok. Przeczytałem na społeczności to co czułem, to co mnie wnerwiało, to co mnie cieszyło danego dnia. Nikt tego nie komentował. Nie oceniał. Było to tylko dla mnie. Pomagało.

   I teraz wrócę do poprzedniego posta. Napisałem w nim jak się czuję. Co myślę. Szczerość wobec siebie to podstawa wszystkiego. Bez niej nic nie da się zrobić.. Napisałem, że mam ochotę na samobója.

   Wiecie co? Jestem już w tym temacie od dawna. Mam kontakty z byłymi alkoholikami, z trzeźwiejącymi ludźmi. I z kim nie porozmawiam, to każdy miał taki moment w swoim życiu, że już nie wyrobi. Że już ma dosyć. Że chce zejść z tego świata. Ale nie zeszli. I ja nie zejdę. Walczę. Nie mam zamiaru się poddać. Tak jak napisał anonimowy w komentarzu: przegrana bitwa to jeszcze nie cała wojna. I ja kiedyś napisałem, że przegrana runda, to nie cała walka. Nie zejdę z ringu życia na własne życzenie.

    Pisząc o poszukiwaniu pracy, o tym, że trudno ją znaleźć miałem na myśli to, że trudno liczyć na dawnych znajomych. Poodwracali się. Kiedyś byli zajebiści. A teraz....Nie dziwi mnie to. Rozumiem. Rozumiem, ale boli.

   Ok. Tyle na ten moment. Do następnego.


piątek, 10 lutego 2012

Mam dość

   Mam doła. Totalnego. Mam dosyć wszystkiego. Jestem bardzo blisko "samobója". Ten post jest szczery do bólu.

   Czuję się jak więzień wypuszczony na wolność. Jak więzień wypuszczony z Shawshank. Nie potrafię się odnależć w życiu trzeźwym. Gdziekolwiek zwracam się o pracę, to odbijam się od muru. Muru obojętności.

   Ja tą pracę znajdę. Wcześniej czy później.

  Samobója walnąłbym już dawno. Gdyby  nie moje Córeczki. Gdyby nie moja Żona. Kocham je. Zawalczę.

   Tak łatwo się zabić. Zostawić wszystko innym.

   Tyle w temacie.


czwartek, 9 lutego 2012

Nic dwa razy się nie zdarza

   Dzisiaj pogrzeb Pani Wisławy. Pięknie żyła. Spokojnie odeszła.

  A my pozostajemy. Na razie. Ze swoimi problemami. Sprawami. Z tym wszystkim, co zaprząta nam na codzień głowę. I co wydaje nam się najważniejsze na tym świecie. I tak jest. To co nas dotyczy jest najważniejsze. Ale tylko dla nas. Bo obok nas, na tej śmiesznej, ziemskiej kulce, żyje jeszcze kilka miliardów osobowości. I każda z nich ma swoje sprawy, swoje problemy, które dla niej są najważniejsze. Są najważniejsze do momentu odejścia. Bo później znikamy. I jakoś świat się nie rozpada, nie zawala, nie ginie. Toczy się dalej, pomimo tego, że umarł jego pępek. Jak to? Można żyć bez pępka? A można.

   Kiedyś miałem wrażenie, że świat toczy się wokół mnie. Nie uważałem się za jego pępek, ale skoro takie określenie się przyjęło, to będę się go trzymał. Niech będzie więc, że sądziłem, że jestem pępkiem  wszechświata. Ja wiem wszystko lepiej. Jestem obok. Patrzę sobie z góry.

   Dobrze, że zostałem sprowadzony na glebę w momencie, gdy jeszcze mogę coś w swym życiu zmienić. W moim do niego podejściu. A że sprowadziła mnie do właściwiego poziomu wóda? No cóż. Widocznie tak miało być w moim przypadku. Komuś innemu życie pokaże co jest w nim ważne jakieś nieszczęście, tragedia, może śmierć kogoś bliskiego. Oby wtedy zauważył ten moment. Nie przegapił go.

   Dlatego warto wejrzeć w siebie, gdy jest jeszcze wszystko dobrze. Zastanowić się. Pomyśleć. Ja tego nie zrobiłem. Teraz za to płacę. Nie ma w tym życiu nic za darmo. To sprawdza się zawsze. I dziękuję życiu za lekcję jaką dostałem. Wierzę w to, że odrobię ją bardzo dobrze. Bo jeśli tego nie zrobię, to będę cierpiał jeszcze bardziej. Nie napiszę tak genialnego dzieła jak Proust, ale jego tytuł będzie już do końca ze mną. Nie chcę już nigdy więcej doświadczyć, co czuje się, będąc "w poszukiwaniu straconego czasu".

   Czasu straconego nie wrócimy. Zdarzeń i słów wypowiedzianych nie cofniemy. Dlatego zastanówmy się, zanim coś zrobimy, zanim jakieś słowa wypowiemy. Być może przegapimy wówczas coś. Po co później to naprawiać? Lepiej być uważnym i tego nie psuć. Druga okazja może nam już nie być dana.

    Bo miała rację Pani Wisława...."nic dwa razy się nie zdarza".


Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?

Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.

Uśmiechnięci, współobjęci
spróbujemy szukać zgody,
choć różnimy się od siebie
jak dwie krople czystej wody.


 

sobota, 4 lutego 2012

Pogoda ducha

   Byłem dzisiaj rano na grupie AA. Ciekawy temat się pojawił. Była mowa o Sile Wyższej. Dla kogoś może być nią Bóg. To prywatna sprawa każdego. Odnosząc to do siebie, zdałem sobie sprawę jaki błąd popełniałem dawniej. Bo nie było u mnie tak, że ja odwróciłem się od Boga, że przestałem wierzyć. Często prosiłem Go o różne rzeczy. O pomoc. Wówczas jednak nie docierało do mnie to, że On mi tej pomocy stara się udzielić, daje mi znaki. Tylko, że ja nie potrafiłem ich odczytać i z nich skorzystać.

   Byłem jak ten facet ze znanej historyjki. Jest wielka powódź, on wyszedł na dach swojego domu i prosi Boga o ratunek. Podpływają do niego pontonem, ale on nie wsiada. Bo wierzy, że Bóg go uratuje. Podpływają strażacy amfibią, a on dalej czeka i wzywa Boga. W końcu nadlatuje helikopter, a on dalej liczy na cud i wierzy, że Bóg mu pomoże. W końcu woda wzbiera jeszcze bardziej i facet się topi. Staje u bram nieba. Z wyrzutami dlaczego Bóg go nie uratował. A Bóg mu na to: podesłałem ci ponton, amfibię, nawet helikopter. Co więcej mogłem zrobić?

   Byłem taki sam. Miałem różne okazje. Sytuacje, rozmowy. Jednak nie potrafiłem w nich odnaleźć wciągniętej do mnie ręki Boga. Nie potrafiłem, bo tkwiłem w swoim pijanym myśleniu, że ma się stać jakiś cud. Nie dostrzegałem tego, że dostawałem szanse. Teraz widzę to inaczej. Gdy kilka tygodni temu dostałem ulotkę o warsztatach dla alkoholików, mogłem postąpić jak dawniej. Przeglądnąć ją i odłożyć, wciąż czekając na jakiś widoczny znak od mojej Siły Wyższej. A tymczasem to właśnie ta ulotka była tym znakiem, wyciągnięciem do mnie pomocnej dłoni. I pojechałem na te warsztaty. Co mnie tam spotkało opisałem w poprzednich postach. Teraz jestem wdzięczny za ten znak. Za to, że dane mi było go właściwie odczytać i skorzystać z niego.

   Teraz jestem w trudnej sytuacji. Praca, długi i inne problemy. Dawniej pewno prosiłbym Boga jak dziecko prosi Św. Mikołaja o prezenty. Chciałbym aby przyśniły mi się numery lotto, albo może jeszcze lepiej, żeby sfrunał do mnie anioł z walizką pieniędzy. Bo mi jest źle, bo mi dzieje się krzywda, węc niech mi pomoże. Niech rozwiąże moje problemy. Przecież jest wszechmocny.

   Wierzę w to, że mi pomoże. Już mi pomaga. Ale to ja muszę działać, pracować nad sobą. Krok po kroku naprawiać to co zepsułem. Na każdym mityngu AA mówimy "modlitwę o pogodę ducha". Kiedyś była to dla mnie jakaś tam regułka. Dopiero teraz zaczynam rozumieć jej głęboką mądrość. Nie proszę już Boga o cuda. Proszę jedynie, abym umiał postępować zgodnie ze słowami tej modlitwy. Aby dał mi do tego siłę. Niczego więcej nie oczekuję. To wystarczy.

   Człowiek uczy się przez całe życie. Ja uczę się życia na nowo. Moimi nauczycielami są teraz zdarzenia. To co dawniej brałem za zbiegi okoliczności, za przypadki. A przede wszystkim nauczycielami są inni ludzie. Mam tu na myśli zwłaszcza ludzi z gup AA. Innych trzeźwiejących alkoholików. Bo prawdą jest, że gdy uczeń jest gotowy, to nauczyciel się pojawia. Ostatnio moim "nauczycielem" okazał się trzeźwiejący alkoholik ze Śląska. Rozmawiałem z nim, piszemy do siebie maile. On też pisze swojego bloga (zajrzyjcie na zakładkę "warto kliknąć", jest tam do niego link), pisze na forach alkoholowych, gdzie ja tez czasami zaglądam. I kiedyś pomyślałem sobie, że fajnie byłoby go poznać. Miałem zamiar napisać do niego maila. Ale poznałem go w inny sposób. To też dla mnie znak, że Bóg podsuwa mi rozwiązania. Tylko kwestią pozostaje co ja z nimi zrobię.

   Postanowiłem zacząć pisać bloga. Coś mi mówiło, że to będzie dobre. Dla mnie i może inni skorzystają. Pojawiały się komentarze do postów. Czasami maile do mnie od Czytelników. Napisał do mnie kiedyś alkoholik z Niemiec. Mogłem mu nie odpisywać. Ale odpisałem. Pomogłem mu. Póżniej dzwonił do mnie kilka razy. Kiedyś w rozmowie zauważył, że jest ze mną nie najlepiej. Podał mi numer telefonu do swojego znajomego i powiedział, żebym zadzwonił. Że to fajny gość i potrafi człowieka "postawić do pionu". Mogłem sobie odpuścić ten telefon. Ale zadzwoniłem. I już po paru zdaniach okazało się, że jest to właśnie ten alkoholik ze Śląska, blogger, do którego chciałem kiedyś sam napisać. Za dużo tu zbiegów okoliczności, aby mógł być to przypadek. Na każdym etapie robiłem to, co w danym momencie uznawałem za właściwe i doprowadziło mnie to do tego, czego szukałem. Tak właśnie to działa. Robić jak najlepiej swoje i wierzyć, że zgodne to jest z wolą bożą. Proste. Aż zbyt proste się to wydaje.

   Ale żeby tą prostotę dostrzec i zrozumieć musiałem przejść przez piekło, znaleźć się na swoim dnie. I jestem za to wdzięczny. Tak widocznie miało być. A co z tego wyniknie dalej? Nie wiem. Niech się dzieje wola Twoja, a nie moja Panie.

   Znam tą modlitwę na pamięć. I zna ją pewno wielu z Was. Zaufajmy jej.

Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym,
czego nie mogę zmienić,
odwagi,
abym zmieniał to, co mogę zmienić,
i mądrości,
abym odróżniał jedno od drugiego.


  

środa, 1 lutego 2012

Współuzależnienie

   Będąc na weekendowych warsztatach dla osób uzależnionych, po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem w mityngu Al-Anon. Chciałem przekonać się jak to wygląda z pozycji tej "drugiej strony". Osoby współuzależnionej. I przekonałem się.

   Nie mogę napisać, że zrozumiałem, co czuje osoba współuzależniona. Bo tego nie można zrozumieć. To trzeba przeżyć. Być w tym. Dokładnie na tej samej zasadzie nikt nieuzalezniony nigdy nie zrozumie alkoholika. Bo jak człowiek nie mający problemu z alkoholem może zrozumieć kogoś, kto widząc jakie szkody wyrządza piciem sobie i bliskim, to mimo wszystko pije nadal. Obiecuje, okłamuje siebie i innych. Przecież tak naprawdę to i sam alkoholik siebie nie rozumie. Przedziwna to choroba. No ale ja nie o tym miałem pisać.

   Tak. Nie zrozumiałem co czuje ta druga, trzeźwa strona. Ale wysłuchałem wielu wypowiedzi. Obok mnie siedziała moja żona. Widziałem po jej reakcjach, że ona dokładnie rozumie co mówią inne kobiety. Czuje to co one. Tak jak ja na grupie AA wiem co czują inni alkoholicy. Tematem akurat na tym mityngu było uczucie rozpaczy, jakie towarzyszy osobie współuzaleznionej.

   Gdy ja piłem to zdawałem sobie sprawę, że moja żona może być na mnie wściekła, czuć złość, może mieć mnie dosyć, nawet momentami nienawidzieć. Jednak jak wsłuchałem się w wypowiedzi o rozpaczy, dotarło do mnie wiele więcej. Złość, gniew, wściekłość, to normalne. Ale rozpacz to uczucie mroczne. Związane z bezsilnością, beznadzieją. I ja to fundowałem moim bliskim. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Ja sam byłem czasami w ropzaczy, ale ja miałem na to wysokoprocentowe lekarstwo. A one musiały przeżywać to wszystko na trzeźwo.

   Ja nigdy nie używałem przemocy fizycznej wobec najbliższych. Nie robiłem awantur. Nie znikałem z domu. Nie piłem po knajpach, po melinach. Ja zawsze piłem w samotności, w ukryciu. Ale raniłem je tym tak samo. Tylko może wydawało mi się, ża jak nie biję, nie awanturuję się, to taki zły w końcu nie jestem. Takie tam pijane usprawiedliwienia, samouszukiwana. Normalne.

   Nie miałem wcale zamiaru na tym mityngu zabierać głosu. Chciałem tylko posłuchać. Ale pod koniec musiałem coś powiedzieć. I powiedziałem to co napiszę Wam teraz.

   Jestem pełen podziwu i szacunku dla osób współuzależnionych. Że pomimo właśnie ropzaczy, upokorzeń, jednak starają się pomóc alkoholikowi. Że czasami walczą o niego nawet wbrew jego woli. To niesamowite dla mnie. I powiedziałem też, że ja nie wiem jak sam bym się zachował będąc trzeźwym i mając u boku osobę uzależnioną. Czy potrafiłbym uwierzyć w to, że to choroba, a nie wybór. Przecież pije się bo się tego chce. Ja wiem, że tak nie jest. Że nienawidzi się siebie, swego picia, a robi się to nadal. Teraz to wiem. I teraz na pewno walczyłbym i pomagał alkoholiczce czy alkoholikowi. Bo rozumiem tą chorobę, bo sam na nią cierpię. Ale gdybym był "zdrowy" to nie wiem czy potrafiłbym to zrozumieć, zostać z alkoholiczką i pomagać jej. Nie wiem.

   Dlatego raz jeszcze: wielki szacunek i podziw dla Was, którzy nie zostawiliście alkoholików samych i staraliście się im pomóc. Dziękuję Wam w ich imieniu.


poniedziałek, 30 stycznia 2012

Wierzę w Was

   Obiecałem Wam, że napiszę coś więcej o moich przemyśleniach, doświadczeniach, przeżyciach jakich doznałem będąc na tym weekendowym wyjeździe. W ośrodku rekolekcyjnym na górze Tabor. Wcześniej  nazwa tej góry nic dla mnie nie znaczyła. Wiedziałem,  że pochodzi od nazwy góry, na której doszło do przemienienia Jezusa Chrystusa. I tyle.

   Jadąc tam, nie wiedziałem, że i ja mogę przemienienia dostąpić. Chociaż lepszym określeniem będzie tutaj: wyzwolenia. Bardzo trudno jest pisać o sprawach tak osobistych. Napiszę najprościej jak potrafię. Bez słów górnolotnych. Podzielę się moimi wrażeniami w kilku postach. Na ten dzisiejszy biorę na warsztat moją rozmowę z osobą duchowną.

   Ja tak naprawdę, to spowiadałem się szczerze chyba przed moją pierwszą komunią, Wtedy byłem naładowany wiedzą z katechezy, z otoczenia, że każdy w moim wieku musi do komunii przystąpić. I ja to na swój sposób przeżywałem. Martwiłem się, jak ja mogę wyznać księdzu takie straszne rzeczy jak to, że kłamałem, przeklinałem, opuszczałem mszę. No ale wymieniłem te moje postępki przed konfesjonałem. I co się stało? A nic. Ksiądz puknął w drewienko, odpuścił mi te moje "wielkie" grzechy i było po wszystkim. Pomyślałem sobie wtedy: jakie to proste. Zrobisz coś złego, zgrzeszysz, to wystarczy to wyznać księdzu, on  puknie w drewienko i jesteś wolny. Oczyszczony. I dalej rób swoje. Grzechy popełniaj. Przecież to takie proste. Ty zgrzeszysz, opowiesz o tym nie całkiem szczerze, ale otrzymasz pozwolenie na bycie w "rodzinie" dobrych ludzi. Ludzi, którzy chodzą do kościoła co niedziela. Prowadzają nawet tam swoje dzieci. I jedyne co dzieci z tego wynoszą, to to, że trzeba udawać. Bo tak jest dobrze, tak jest bezpiecznie. Uczą się tego od swoich rodziców, którzy nauczyli się tego od swoich. Tak to się ciągnie, tak przebiega. Tak sobie wtedy myślałem.

   Ja do kościoła nie chodzę od dawna. Odrzucało mnie w nim na przykład to, że chcę tam iść po pomoc duchową, a słyszę jakieś pierdoły o polityce. Wychodziłem natychmiast. Nie mogłem tego słuchać. I nigdy nie prowadziłem na siłę swoich córeczek na niedzielną mszę. Kiedyś wybiorą same.

   No ale do ad remu. Bałem się spotkania z osobą duchowną. Bałem się, bo nie wiedziałem co mam właściwie mu powiedzieć, jak zacząć. Wszedłem do pokoju, gdzie on na mnie czekał. Nie miałem pojęcia od czego zacząć. Przez moment nawet przebiegło mi przez myśl, co ja tutaj w ogóle robię?  I na wejściu usłyszałem pytanie: z czym do mnie przychodzisz?

   Wymiękłem. Powiedziałem mu o wszystkim. O tym, że piłem, że krzywdziłem najbliższych, że byłem złodziejem, że właściwie te wszystkie lata to życie w kłamstwie wobec siebie i innych. Wszystko z siebie wyrzuciłem.

   A potem zapytałem go. Powiedziałem tak: wiem, że może nie jestem na to gotowy, może te moje słowa to za mało. Nie liczyłem, że dostanę rozgrzeszenie. Chciałem tylko porady: co mam rozbić dalej? Prosiłem o pomoc.

   I dostałem ją. Usłyszałem słowo: uklęknij. Powiedział, że w imieniu Jezusa odpuszcza mi grzechy, że tak naprawdę Bóg, Jezus czekali na mnie kiedy sie do nich zwrócę o pomoc Bo byli ze mną zawsze. Tylko ja oddaliłem się od nich.

   Nie potrafię opisać co wtedy czułem. Nie znam takich słów, które by to wyraziły.

   Później, już po wszystkim było coś takiego jak "wesoły wieczór". Tańce, zabawa. Nie poszedłem na nie. Poszedłem w tym czasie do kaplicy. Było tam strasznie zimno. Klęczałem. Przemarzły mi kolana, nogi, cały przemarzłem. Ale prosiłem Boga, siłę większą ode mnie o jakiś znak. Że jestem na dobrej drodze. I dostałem ten znak. Dostałem go bardzo szybko.

  Jaki był ten znak, pozostawiam dla siebie. Nie napiszę o nim. Ale naprawdę był.

   Będę dalej prowadził bloga. Będę pisał. Ale jedno co najważniejsze chcę Wam teraz przekazać: jeśli macie problem z uzależnieniem od czegokolwiek, jeśli jesteście współuzależnionymi, to pamiętajcie o jednym: nie dacie rady bez zawierzenia Sile Większej. Nie pisze teraz o Bogu. Każdy go pojmuje inaczej. Ale wiem, że bez tego nie ma żadnych szans. Wiedziałem o tym wcześniej z literatury AA, z licznych przykładów, opowiadań. Ale to zawsze była dla mnie tylko teoria. Teraz sprawdziła się w praktyce.

   Ja nie piszę teraz, że już dałem radę. Że nigdy się już nie napiję. Nie o to chodzi. Ale wiem na sto procent, że bez tego oczyszczenia sznas nie miałbym żadnych.

  Wierzę w Was. Jestem z Wami.


niedziela, 29 stycznia 2012

Wróciłem

   Wróciłem. Wróciłem przed chwilą z wyjazdu na trzydniowe warsztaty dla osób uzależnionych.
W domu rekolekcyjnym Redemptorystów. Na górze Tabor.

    Pisałem w poprzednich postach, że obawiam sie tego wyjazdu. Bo tak było. Bardzo się go obawiałem. Powody mojej obawy były dwa:
1. Rozmowa moja w cztery oczy z osbą duchowną, zakonnikiem.
2. Jak odbierze to wszystko, co tam ją spotka, moja żona (której  dziekuję, że pojechała tam ze mną).

   Czytając wcześniej program warsztatów, wiedziałem czego moge się tam spodziewać. Mityngii AA i Al-anon. Grupy terapeutyczne. Grupy to ja miałem przez siedem tygodni na terapii zamkniętej. AA znam bo w nich uczestnicze. Bardzo chciałem być na mityngu Al-anon. Nie byłem na nim nigdy wcześniej. I cieszę się, że mialem okazję być na nim właśnie tam.

   Napiszę tak: na dzisiaj jeszcze jest to za świeże, za żywe, abym mógł o tym pisać. Być może napiszę o tym jutro, może pojutrze. Postaram się jak najszybciej tym podzielic z Wami.

   Jedno co chcę napisać teraz i na szybko: było warto! Nie zamieniłbym tego weekendu na żaden inny wyjazd. Było tam zimno, jedzenie takie sobie. Warunki ogólnie średnie. Ale nie zamieniłbym tych dni na żaden pobyt w nalepszych kurortach, hotelach i inych tego typu duperelach na świecie.

   Bo tam gdzie ja byłem, tam był mój duch, moje serce, moje myśli, moja zaduma, moja refleksja, moja transcendencja.

   W tych innych komfortowych miejscach byłoby tylko moje ciało.

   Napiszę o moich przemyśleniach, wrażeniach jakich tam doznałem. Nie teraz.

   Na teraz chcę napisać tylko jedno: JESTEM BARDZO SZCZĘŚLIWY, ŻE TAM BYŁEM.  


środa, 25 stycznia 2012

Licz na siebie

   Jest takie fajne powiedzenie: "umiesz liczyć, licz na siebie". I sprawdza się w stu procentach. Miałem przyjaciół, znajomych. Gdy u mnie było wszystko w porządku, to nie było problemu. Wtedy w swojej naiwności myślałem, że tak będzie zawsze. Ale wystarczyło, że mi powinęła się noga, że mam przewalone, to poznałem błyskawicznie wartość ich słów. Zostałem sam ze swoimi kłopotami. Na własne życzenie według nich. Nie mam zamiaru się z niczego tłumaczyć. Nikt jednak nie pojmie tego, że to wszystko co mnie spotkało, to nie było na moje życzenie.

   Kto na własne życzenie i z premedytacją rozwala sobie życie? No chyba nikt zdrowy. Tylko, że nikt kogo ta choroba nie dotyczy, tego nie zrozumie. Dostaję wsparcie i pomoc od obcych mi wcześniej ludzi. Ludzi, którzy doświadczyli kiedyś tego, przez co ja przechodzę teraz.

   Nie mam jednak zamiaru się poddać. Będę walczył. A kiedy już moja sytuacja się polepszy, to podziekuję dawnym "przyjacielom". Zaboli ich moja wdzięczność. Trudno.

   Tak już ten świat funkcjonuje. Co dajesz, to samo otrzymujesz. Wszystko wraca. Z nawiązką. Niektórzy martwili się, że samobójstwo popełnię. Spokojnie. Nie zrobię tego. Nie jestem tchórzem. To byłoby najłatwiejsze.

   A na dzisiaj dziekuję: Żonie, Córeczkom, Mamie, Magdzie, Jagodzie, Tadkowi, Ewelinie, Jankowi, Piotrkowi i innym, których nie wymieniłem, bo mogą sobie tego nie życzyć.

   A komu nie dziękuję, pisał nie będę. Sami wiedzą. Na to przyjdzie czas.

   Smutny ten post. Bo i mi smutno. Wierzę, że wkrótce napiszę bardziej optymistyczne. Do następnego!