środa, 1 lutego 2012

Współuzależnienie

   Będąc na weekendowych warsztatach dla osób uzależnionych, po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem w mityngu Al-Anon. Chciałem przekonać się jak to wygląda z pozycji tej "drugiej strony". Osoby współuzależnionej. I przekonałem się.

   Nie mogę napisać, że zrozumiałem, co czuje osoba współuzależniona. Bo tego nie można zrozumieć. To trzeba przeżyć. Być w tym. Dokładnie na tej samej zasadzie nikt nieuzalezniony nigdy nie zrozumie alkoholika. Bo jak człowiek nie mający problemu z alkoholem może zrozumieć kogoś, kto widząc jakie szkody wyrządza piciem sobie i bliskim, to mimo wszystko pije nadal. Obiecuje, okłamuje siebie i innych. Przecież tak naprawdę to i sam alkoholik siebie nie rozumie. Przedziwna to choroba. No ale ja nie o tym miałem pisać.

   Tak. Nie zrozumiałem co czuje ta druga, trzeźwa strona. Ale wysłuchałem wielu wypowiedzi. Obok mnie siedziała moja żona. Widziałem po jej reakcjach, że ona dokładnie rozumie co mówią inne kobiety. Czuje to co one. Tak jak ja na grupie AA wiem co czują inni alkoholicy. Tematem akurat na tym mityngu było uczucie rozpaczy, jakie towarzyszy osobie współuzaleznionej.

   Gdy ja piłem to zdawałem sobie sprawę, że moja żona może być na mnie wściekła, czuć złość, może mieć mnie dosyć, nawet momentami nienawidzieć. Jednak jak wsłuchałem się w wypowiedzi o rozpaczy, dotarło do mnie wiele więcej. Złość, gniew, wściekłość, to normalne. Ale rozpacz to uczucie mroczne. Związane z bezsilnością, beznadzieją. I ja to fundowałem moim bliskim. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Ja sam byłem czasami w ropzaczy, ale ja miałem na to wysokoprocentowe lekarstwo. A one musiały przeżywać to wszystko na trzeźwo.

   Ja nigdy nie używałem przemocy fizycznej wobec najbliższych. Nie robiłem awantur. Nie znikałem z domu. Nie piłem po knajpach, po melinach. Ja zawsze piłem w samotności, w ukryciu. Ale raniłem je tym tak samo. Tylko może wydawało mi się, ża jak nie biję, nie awanturuję się, to taki zły w końcu nie jestem. Takie tam pijane usprawiedliwienia, samouszukiwana. Normalne.

   Nie miałem wcale zamiaru na tym mityngu zabierać głosu. Chciałem tylko posłuchać. Ale pod koniec musiałem coś powiedzieć. I powiedziałem to co napiszę Wam teraz.

   Jestem pełen podziwu i szacunku dla osób współuzależnionych. Że pomimo właśnie ropzaczy, upokorzeń, jednak starają się pomóc alkoholikowi. Że czasami walczą o niego nawet wbrew jego woli. To niesamowite dla mnie. I powiedziałem też, że ja nie wiem jak sam bym się zachował będąc trzeźwym i mając u boku osobę uzależnioną. Czy potrafiłbym uwierzyć w to, że to choroba, a nie wybór. Przecież pije się bo się tego chce. Ja wiem, że tak nie jest. Że nienawidzi się siebie, swego picia, a robi się to nadal. Teraz to wiem. I teraz na pewno walczyłbym i pomagał alkoholiczce czy alkoholikowi. Bo rozumiem tą chorobę, bo sam na nią cierpię. Ale gdybym był "zdrowy" to nie wiem czy potrafiłbym to zrozumieć, zostać z alkoholiczką i pomagać jej. Nie wiem.

   Dlatego raz jeszcze: wielki szacunek i podziw dla Was, którzy nie zostawiliście alkoholików samych i staraliście się im pomóc. Dziękuję Wam w ich imieniu.


poniedziałek, 30 stycznia 2012

Wierzę w Was

   Obiecałem Wam, że napiszę coś więcej o moich przemyśleniach, doświadczeniach, przeżyciach jakich doznałem będąc na tym weekendowym wyjeździe. W ośrodku rekolekcyjnym na górze Tabor. Wcześniej  nazwa tej góry nic dla mnie nie znaczyła. Wiedziałem,  że pochodzi od nazwy góry, na której doszło do przemienienia Jezusa Chrystusa. I tyle.

   Jadąc tam, nie wiedziałem, że i ja mogę przemienienia dostąpić. Chociaż lepszym określeniem będzie tutaj: wyzwolenia. Bardzo trudno jest pisać o sprawach tak osobistych. Napiszę najprościej jak potrafię. Bez słów górnolotnych. Podzielę się moimi wrażeniami w kilku postach. Na ten dzisiejszy biorę na warsztat moją rozmowę z osobą duchowną.

   Ja tak naprawdę, to spowiadałem się szczerze chyba przed moją pierwszą komunią, Wtedy byłem naładowany wiedzą z katechezy, z otoczenia, że każdy w moim wieku musi do komunii przystąpić. I ja to na swój sposób przeżywałem. Martwiłem się, jak ja mogę wyznać księdzu takie straszne rzeczy jak to, że kłamałem, przeklinałem, opuszczałem mszę. No ale wymieniłem te moje postępki przed konfesjonałem. I co się stało? A nic. Ksiądz puknął w drewienko, odpuścił mi te moje "wielkie" grzechy i było po wszystkim. Pomyślałem sobie wtedy: jakie to proste. Zrobisz coś złego, zgrzeszysz, to wystarczy to wyznać księdzu, on  puknie w drewienko i jesteś wolny. Oczyszczony. I dalej rób swoje. Grzechy popełniaj. Przecież to takie proste. Ty zgrzeszysz, opowiesz o tym nie całkiem szczerze, ale otrzymasz pozwolenie na bycie w "rodzinie" dobrych ludzi. Ludzi, którzy chodzą do kościoła co niedziela. Prowadzają nawet tam swoje dzieci. I jedyne co dzieci z tego wynoszą, to to, że trzeba udawać. Bo tak jest dobrze, tak jest bezpiecznie. Uczą się tego od swoich rodziców, którzy nauczyli się tego od swoich. Tak to się ciągnie, tak przebiega. Tak sobie wtedy myślałem.

   Ja do kościoła nie chodzę od dawna. Odrzucało mnie w nim na przykład to, że chcę tam iść po pomoc duchową, a słyszę jakieś pierdoły o polityce. Wychodziłem natychmiast. Nie mogłem tego słuchać. I nigdy nie prowadziłem na siłę swoich córeczek na niedzielną mszę. Kiedyś wybiorą same.

   No ale do ad remu. Bałem się spotkania z osobą duchowną. Bałem się, bo nie wiedziałem co mam właściwie mu powiedzieć, jak zacząć. Wszedłem do pokoju, gdzie on na mnie czekał. Nie miałem pojęcia od czego zacząć. Przez moment nawet przebiegło mi przez myśl, co ja tutaj w ogóle robię?  I na wejściu usłyszałem pytanie: z czym do mnie przychodzisz?

   Wymiękłem. Powiedziałem mu o wszystkim. O tym, że piłem, że krzywdziłem najbliższych, że byłem złodziejem, że właściwie te wszystkie lata to życie w kłamstwie wobec siebie i innych. Wszystko z siebie wyrzuciłem.

   A potem zapytałem go. Powiedziałem tak: wiem, że może nie jestem na to gotowy, może te moje słowa to za mało. Nie liczyłem, że dostanę rozgrzeszenie. Chciałem tylko porady: co mam rozbić dalej? Prosiłem o pomoc.

   I dostałem ją. Usłyszałem słowo: uklęknij. Powiedział, że w imieniu Jezusa odpuszcza mi grzechy, że tak naprawdę Bóg, Jezus czekali na mnie kiedy sie do nich zwrócę o pomoc Bo byli ze mną zawsze. Tylko ja oddaliłem się od nich.

   Nie potrafię opisać co wtedy czułem. Nie znam takich słów, które by to wyraziły.

   Później, już po wszystkim było coś takiego jak "wesoły wieczór". Tańce, zabawa. Nie poszedłem na nie. Poszedłem w tym czasie do kaplicy. Było tam strasznie zimno. Klęczałem. Przemarzły mi kolana, nogi, cały przemarzłem. Ale prosiłem Boga, siłę większą ode mnie o jakiś znak. Że jestem na dobrej drodze. I dostałem ten znak. Dostałem go bardzo szybko.

  Jaki był ten znak, pozostawiam dla siebie. Nie napiszę o nim. Ale naprawdę był.

   Będę dalej prowadził bloga. Będę pisał. Ale jedno co najważniejsze chcę Wam teraz przekazać: jeśli macie problem z uzależnieniem od czegokolwiek, jeśli jesteście współuzależnionymi, to pamiętajcie o jednym: nie dacie rady bez zawierzenia Sile Większej. Nie pisze teraz o Bogu. Każdy go pojmuje inaczej. Ale wiem, że bez tego nie ma żadnych szans. Wiedziałem o tym wcześniej z literatury AA, z licznych przykładów, opowiadań. Ale to zawsze była dla mnie tylko teoria. Teraz sprawdziła się w praktyce.

   Ja nie piszę teraz, że już dałem radę. Że nigdy się już nie napiję. Nie o to chodzi. Ale wiem na sto procent, że bez tego oczyszczenia sznas nie miałbym żadnych.

  Wierzę w Was. Jestem z Wami.


niedziela, 29 stycznia 2012

Wróciłem

   Wróciłem. Wróciłem przed chwilą z wyjazdu na trzydniowe warsztaty dla osób uzależnionych.
W domu rekolekcyjnym Redemptorystów. Na górze Tabor.

    Pisałem w poprzednich postach, że obawiam sie tego wyjazdu. Bo tak było. Bardzo się go obawiałem. Powody mojej obawy były dwa:
1. Rozmowa moja w cztery oczy z osbą duchowną, zakonnikiem.
2. Jak odbierze to wszystko, co tam ją spotka, moja żona (której  dziekuję, że pojechała tam ze mną).

   Czytając wcześniej program warsztatów, wiedziałem czego moge się tam spodziewać. Mityngii AA i Al-anon. Grupy terapeutyczne. Grupy to ja miałem przez siedem tygodni na terapii zamkniętej. AA znam bo w nich uczestnicze. Bardzo chciałem być na mityngu Al-anon. Nie byłem na nim nigdy wcześniej. I cieszę się, że mialem okazję być na nim właśnie tam.

   Napiszę tak: na dzisiaj jeszcze jest to za świeże, za żywe, abym mógł o tym pisać. Być może napiszę o tym jutro, może pojutrze. Postaram się jak najszybciej tym podzielic z Wami.

   Jedno co chcę napisać teraz i na szybko: było warto! Nie zamieniłbym tego weekendu na żaden inny wyjazd. Było tam zimno, jedzenie takie sobie. Warunki ogólnie średnie. Ale nie zamieniłbym tych dni na żaden pobyt w nalepszych kurortach, hotelach i inych tego typu duperelach na świecie.

   Bo tam gdzie ja byłem, tam był mój duch, moje serce, moje myśli, moja zaduma, moja refleksja, moja transcendencja.

   W tych innych komfortowych miejscach byłoby tylko moje ciało.

   Napiszę o moich przemyśleniach, wrażeniach jakich tam doznałem. Nie teraz.

   Na teraz chcę napisać tylko jedno: JESTEM BARDZO SZCZĘŚLIWY, ŻE TAM BYŁEM.  


środa, 25 stycznia 2012

Licz na siebie

   Jest takie fajne powiedzenie: "umiesz liczyć, licz na siebie". I sprawdza się w stu procentach. Miałem przyjaciół, znajomych. Gdy u mnie było wszystko w porządku, to nie było problemu. Wtedy w swojej naiwności myślałem, że tak będzie zawsze. Ale wystarczyło, że mi powinęła się noga, że mam przewalone, to poznałem błyskawicznie wartość ich słów. Zostałem sam ze swoimi kłopotami. Na własne życzenie według nich. Nie mam zamiaru się z niczego tłumaczyć. Nikt jednak nie pojmie tego, że to wszystko co mnie spotkało, to nie było na moje życzenie.

   Kto na własne życzenie i z premedytacją rozwala sobie życie? No chyba nikt zdrowy. Tylko, że nikt kogo ta choroba nie dotyczy, tego nie zrozumie. Dostaję wsparcie i pomoc od obcych mi wcześniej ludzi. Ludzi, którzy doświadczyli kiedyś tego, przez co ja przechodzę teraz.

   Nie mam jednak zamiaru się poddać. Będę walczył. A kiedy już moja sytuacja się polepszy, to podziekuję dawnym "przyjacielom". Zaboli ich moja wdzięczność. Trudno.

   Tak już ten świat funkcjonuje. Co dajesz, to samo otrzymujesz. Wszystko wraca. Z nawiązką. Niektórzy martwili się, że samobójstwo popełnię. Spokojnie. Nie zrobię tego. Nie jestem tchórzem. To byłoby najłatwiejsze.

   A na dzisiaj dziekuję: Żonie, Córeczkom, Mamie, Magdzie, Jagodzie, Tadkowi, Ewelinie, Jankowi, Piotrkowi i innym, których nie wymieniłem, bo mogą sobie tego nie życzyć.

   A komu nie dziękuję, pisał nie będę. Sami wiedzą. Na to przyjdzie czas.

   Smutny ten post. Bo i mi smutno. Wierzę, że wkrótce napiszę bardziej optymistyczne. Do następnego!


wtorek, 24 stycznia 2012

Powodzenia!

   W poprzednich postach było trochę o polityce. Będzie i w następnych. Ale dla mnie najważniejsze są teraz relacje z moją żoną. Z córeczkami. Tym żyję. I na codzień dowiaduję się jak jest to trudne. Bo tyle razy zawodziłem. Pragnę ich zaufania. Uwierzenia. Wiary we mnie. Nic tak nie może pomóc człowiekowi na dnie jak właśnie wiara Najbliższych. Bez niej nic nie ma sensu. Nie chce się walczyć.

   Rozmawiałem dzisiaj z kolegą, który teraz mieszka w Niemczech. Też kiedyś stracił wszystko. Nie wiem jakim cudem znalazł namiary na mojego bloga. Wiem, że potrzebuje pomocy. Pomocy w niepiciu. I pomogę mu na ile będe mógł.

   Jeśli to czytasz Piotrek, to wiesz, że to o Tobie. Dasz radę. Wierzę w Ciebie. Zrobiłeś pierwszy i najważniejszy krok: przyznałeś się do swojej niemocy. Wiem, że sam nie dasz rady. Ale uwierz w to, że nie jesteś sam. Tylko pozwól sobie pomóc. I będzie dobrze.

   Ja długo wierzyłem w siebie. W swoją moc. W to, że dam radę sam. Nie dałem. I nie ma opcji, aby poradzić sobie z tym problemem samemu. To podstępna choroba. Są momenty, że wydaje się, że juz nad nią panujesz. Że masz wszystko pod kontrolą. To złudne nadzieje. Zawiodłem się na nich. To, że sam się na nich zawiodłem nie boli. Boli to, że zawiodłem moich Bliskich. To jest najtrudniejsze do zrozumienia. Do pogodzenia się z tym. Jedyne co mogę teraz napisać, to prośba o zrozumienie. Nie o wybaczenie, ale właśnie o zrozumienie. Wierzę w to, że mnie zrozumią. Wielką nadzieję pokładam w weekendowym wyjeździe na spotkanie alkoholików. Mogłem tam jechać sam. Ale zależało mi bardzo, aby pojechała tam ze mną moja żona. I pojedzie.

   Mam nadzieję, że uda mi się tam zabrać głos. Przemówić. Do innych alkoholików. A tak naprawdę będzie to przemowa do mojej żony. Obym wytrzymał. Nie rozkleił się. Bo tak w gruncie rzeczy, to jestem słaby. Słaby w tym co dla mnie najważniejsze.

   Kiedyś miałem poczucie mocy. Że słabość to nie mój problem. Wracałem sobie kiedyś do domu. Zaczepił mnie jakiś podchmielony facet z tekstem: fajkę daj. No ale ja byłem "mocny" w najgłupszym zrozumieniu tego słowa. I zamiast odejść, wdałem się z nim w dyskusję. Skończyło się na tym, że strasznie mu wpie*****łem. Sam wróciłem do domu zakrwawiony. I co zyskałem? Nic. Jedynie poczucie późniejsze, że było to głupie i chore z mojej strony. Ale gdy to się działo myślenie było inne. Pijane. Nie chcę już takiego myślenia. Nie chcę już takich sytuacji. Nie chcę już pić.

   Proszę Boga, jakkolwiek Go pojmuję, aby dał mi siłę. Wiarę. Wierzę, że to nadejdzie. Sam na to liczę i pragnę abyście Wy, którzy macie problemy z alkoholem, też zwrócili się do Siły Większej od nas samych. W Niej nadzieja. W niej wiara. Pomoże nam na pewno, jeśli tylko o taką pomoc poprosimy. Schowamy swą dumę, głupią nadzieję, że da się samemu z tego wyjść.

   Powodzenia!


Gadające głowy

   Życie po piciu, to nie tylko rozstząsanie swojej przeszłości. To także, ale przede wszystkim trzeźwa codzienność. A w niej mnóstwo sytuacji, zdarzeń, które dawniej byłyby dla mnie powodem do napicia się. Dla poprawy nastroju, dla zapomnienia, dla odreagowania.

   Teraz na ten przykład wnerwiają mnie działania polityków. Ich debilne decyzje. I jeszcze bardziej głupie i jałowe dyskusje.

   Ja mam swoje życie, swoje problemy. A to jak działają nasi wybrańcy narodu, "opozycjoniści" zwłaszcza, najlepiej oddaje fragment filmu niezrównanej grupy Monty Python.

   To jesteście wy. Gadający i nic tak naprawdę nierobiący politycy. Bawcie się dalej. Dyskutujcie. To takie proste. Pogadać, kasę wziąć i mieć resztę w d**ie.

   Kiedyś może by mnie to denerwowało. Teraz robię swoje. A was wyśmiano już wcześniej I nic się nie zmieniło. Gadajcie dalej.







poniedziałek, 23 stycznia 2012

W krysztale pomyje

   Nasz rząd ma zamiar podpisać ACTA. Bo tak chce wielki brat, którego sojusznikami jesteśmy. Najgłębiej tkwiącymi w jego odbycie.

   Pisałem gdzie się dało o propozycji, aby przy każdych kolejnych wyborach było przeprowadzane referendum. Koszty tego będa zerowe, bo wybory i tak muszą się odbyć. Ale wtedy ludzie mieliby szansę wypowiedzieć się w sprawach, które ich dotyczą. Wynik referendum byłby wiażący. Jak na razie zero odzewu. Bo to ryzyko powierzyć decyzję obywatelom, gdy wcześniej wzięło się w łapę za uchwalenie stosownego "prawa".

   Brawa wielkie i szacun dla hakerów. Dla czarodziejów. Róbcie dalej swoje. Jesteście wielcy.

   A polityka? No cóż. Jak zawsze. W krysztale pomyje. Genialny tekst. Podpisuję się pod nim. Niech dzieje się co ma się dziać. Jak Wam dobrze w tym całym syfie, to żyjcie w nim beztrosko dalej. A jak macie jaja to działajcie. Zawsze macie wybór. Witkacy odebrał siebie światu. Wielka szkoda. Ja tego nie zrobię. Ale przyznaję się, że byłem tego bliski.

  


Dobra droga

   Pisałem poprzednio, że jadę na weekendowe spotkanie dla osób uzależnionych. I nic się nie zmieniło w tym temacie. Jadę tam. Ale jestem bardzo szczęśliwy, że pojedzie też tam ze mną moja żona. Będą tam wykłady, zajęcia dla grup Al-Anon. Dla osób, które mają na codzień do czynienia z osobami uzależnionymi. Są ich bliskimi. Wiem jak to ważne, jak może to pomóc. Bo jak do tej pory moja żona borykała się z tym problemem sama. Wszystko co wiedziała w tym temacie pochodziło ode mnie. Starałem się jej przekazać jak to naprawdę wygląda. Jak człowiek bardzo chce, ale zwyczajnie nie daje rady. Stara się, obiecuje, a kończy się jak zwykle. Od mojego pobytu na terapii mija już prawie pół roku. Były jednak dni, w których zawiodłem siebie. Wypiłem. Na drugi dzień był wstyd, wstręt do siebie.

   Cieszę się, że żona będzie tam ze mną. Że posłucha. Dowie się czegoś od innych osób z Al-Anon. 

   Pisałem, że chcę tam rozmowy w cztery oczy z zakonnikiem. Wiele sobie po niej obiecuję. Nie jestem praktykującym katolikiem. W ogóle nie utożsamiam się z katolicyzmem. Szukam swojej drogi. I wierzę, że ją znajdę. Doceniam znaczenie duchowości w życiu. Wiem, że jestem na dobrej drodze. Do trzeźwości, do szczerości, do nowego życia.


niedziela, 22 stycznia 2012

Nowy tydzień

   Jutro nowy tydzień. Kolejny tydzień szans i zagrożeń. Jak zawsze. Nigdy nie wiemy co się może stać. Nie mam na myśli planów wielkich na przyszłość. Trzeba mieć cel, dążyć do niego. To daje kopa. Daje siłę. Ale plany przyszłościowe mogą nagle i niespodziewanie prysnąć jak bańka mydlana. Wiem coś o tym. Dlatego warto do każdego dnia podchodzic z optymizmem. Że będzie dobry. Że szczęście przyniesie. A jak nie? Jak stanie się coś nieprzewidzianego, co rozwali plany w nicość? To pomimo tego, że będzie to zajebczo trudne, warto się z tym zmierzyć. Nie obwiniać losu. Nie zwalać winy na przypadek. Przyjąć to na klatę i podziękować losowi za lekcję. Bo wszystko jest lekcją. Jest nauką. Sygnałem, który wysyła do nas Niepoznane. Nie chcę pisać tu o Bogu, o religii. Każdy rozumie to na swój sposób.

   I przede mną nowy tydzień. Mam wielkie nadzieje z nim związane. Zobaczę co z tego wyjdzie. Czy się powiedzie, czy nie, to napiszę o tym. Jedno wiem. Że pod koniec tygodnia jadę na cały weekend na spotkanie dla osób walczących z uzależnieniami. Będą to trzy dni. I dla tych, którzy zechcą, będzie tam możliwość osobistej rozmowy z osobą duchowną. W tym przypadku będzie to sznasa rozmowy z zakonnikiem. I chcę tej rozmowy. Pragnę jej i oczekuję.

   Chcę potraktować tą rozmowę jako spowiedź z całego mojego życia. Chcę powiedzieć mu o wszystkich najciemniejszych stronach mojej przeszłości. Mych mysli. Nie oczekuję rozgrzeszenia. Nie o to w tym chodzi. Chcę zwyczajnie wreszcie to z siebie wyrzucić. Jak się po tym poczuję? Nie wiem. Boję się, że się rozkleję podczas tej rozmowy. Liczę się z tym. Może się popłaczę.

   Kiedyś nawet przez myśl by mi nie przeszło pisać o czymś tak osobistym. Przecież ja byłem zawsze mocny. To inni byli słabi i to był ich problem. Teraz przyznaję się do swojej słabości, do obaw, do lęków. I co się takiego stało? Nic. Ktoś może odnajdzie w tym siebie. Ktoś inny może to wyśmieje. To nie mój problem. Ja jestem szczery. Wreszcie szczery wobec siebie. A opinia innych? Niech sobie będzie jaka chce.


sobota, 21 stycznia 2012

Lustro

   Jestem dzisiaj po spotkaniu sobotnim na grupie AA. Naprawdę super grupa. Powtarzam się, ale miałem szczęście, że akurat do niej trafiłem. Przegląd ludzi, przypadków, pewno jak wszędzie. Jednak ta grupa ma swój klimat. Piszę tak, bo mam porównanie. Byłem na grupach w Warszawie, w Rozwadowie, w Klasztorze nawet. Jednak tutaj czuje się chęć. Wiarę. Nadzieję. Nie mam najmniejszego zamiaru tym co piszę namawiać kogoś do szukania dla siebie tej "właściwej" grupy. Każda jest właściwa i każda pomaga, wnosi coś nowego, daje do przemyślenia. Piszę tylko o swoich subiektywnych odczuciach.

   I pomaga grupa, pomaga terapia. Pomaga wszystko, ale pod jednym warunkiem. Że Ty sam sobie chcesz pomóc. Że w końcu porzucisz w jasną cholerę swoją dumę, wsadzisz jak najgłębiej możesz swoje "ego". Zrozumiesz, że sam sobie nie poradzisz. Bo nie poradzisz sobie. Jeśli jeszcze masz nadzieję, że dasz radę sam, to porzuć ją. Albo się jej trzymaj i pogrążaj się dalej i głębiej. Brzmi to nieciekawie? I dobrze. Bo to prawda. Prawda musi zaboleć, aby zadziałała. Nie sądzicie, że żyjemy w porąbanym świecie?

   Samo stwierdzenie "prawda musi zaboleć". Co ono oznacza? Tylko to, że żyjemy w kłamstwie, karmimy się nim. I chociaż nam ono nie smakuje, czasami chce sie nim rzygać, to jest takie swojskie, znane, akceptowane. Gdyby było właściwie wszystko poukładane w nas samych, to powinno się mówić: "kłamstwo musi boleć". Dlaczego więc tak nie mówimy? Bo tak łatwo się kłamie, oszukuje, udaje. Nie mam tu na myśli jakichś wielkich oszustw. Mam na mysli codzienność. Wiecie o czym piszę. Mam nadzieję, że wiecie.

   Niech prawda więc zaboli, niech będzie trudno, niech będzie wstyd, nawet płacz, ale niech będzie szczerze. Opłaci się.

   Właśnie mam kontakt z kimś, kto bał się swojej prawdy. Bał się zmierzenia ze swoją przeszłością. Jest w trudnym związku. Wiecie co to jest choroba dwubiegunowa afektywna? Nie wiem, jak ten związek potoczy się dalej. Szczerze życzę powodzenia, wytrwania, bo wiem, że łatwo tam nie będzie. Ale ta osoba zrobiła jedną ważną rzecz: zawalczyła o siebie. Zrozumiała, że sama nie da rady. Nie pomoże jej wiedza, książki, teoria. Że trzeba zmierzyć się z samym sobą przed kimś. Tak, właśnie tak: z samym sobą trzeba zmierzyć sie przed kimś. Bo zawalczenie ze sobą przed lustrem niczego nie da. Ty zawsze będziesz miał przwagę. Lustro nie przemówi, a Ty będziesz mógł mu wmówić wszystko. I co najciekawsze, sam będziesz wierzył w to co mówisz. A odbicie w lustereczku nie zaprotestuje. Mało tego. Twoje odbicie w nim utwierdzi Cię w przekonaniu, że jesteś szczery, że coś wreszcie sobie obiecujesz, że tym razem to juz naprawdę. Odbicie w tym Ciebie utwierdzi. Poczujesz się dumny z siebie.

   Nie daj się temu zwieść. Lustro kłamie. Żeby zabolało jeszcze bardziej: to Ty kłamiesz i pozwalasz, aby kawałek szkła utwierdzał Cię w tym, że jesteś szczery.