Nikt nie mówił mi, ani nie obiecywał, że będzie łatwo. Ale dlaczego nikt nie powiedział, że będzie tak cholernie ciężko? Widocznie lepiej nie mówić takich rzeczy. Może po to aby nie odstraszać, nie zniechęcać. Nie ma to teraz znaczenia. Jest trudno, bardzo. Ale nie zawrócę z tej drogi. Może jeszcze upadnę kiedyś. Nie wiem. Kiedyś byłem bardzo pewny, że tego nie zrobię. Już taki nie jestem. Teraz jestem jedynie pewny, że tego nie chcę.
Nigdy nie przeżywałem życia tak mocno, tak do spodu jak teraz. Raczej prześlizgiwałem się po jego powierzchni. A gdy pojawiały się czarne myśli, był na nie sposób. Sposób najgorszy z możliwych. Bo powracają teraz, gdy nie ma już przy mnie środka na niemyślenie. Dawniej wszystkie moje problemy przychodziły do mnie z "zewnątrz". Piłem, bo ktoś, bo coś. Nie robiłem tego co powinienem, bo coś tam. Ja byłem ok. To świat był zły. To warunki byłe złe.
Teraz, gdy osiągnąłem swoje dno, niczego nie mogę już zwalić na warunki. Są tragiczne. Brak pieniędzy, pracy. To jest jednak na "zewnątrz". To można zmienić. Ale aby tak się stało potrzeba spełnić jeden warunek "wewnętrzny". Bez niego nic nie będzie możliwe. Trzeba "tylko" uwierzyć, że to wszystko jeszcze jest do naprawienia, że warto, że będzie dobrze. Tutaj robienie czegokolwiek bez mocnego przekonania, że dam radę, że nie wszystko stracone, nie ma sensu. Bardzo szybko doprowadzi to do zniechęcenia i poddania się przy pierwszych trudnościach.
Dlatego na te Święta jedynym prezentem o jaki poproszę życie, to dar wiary. Jest na tym świecie kilka osób, które pomimo wszystkiego we mnie wierzą. Ale ja jeszcze nie nauczyłem się wierzyć w siebie.