czwartek, 12 stycznia 2012

Bezsilność

   "Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem"

   Pierwszy z dwunastu kroków AA na drodze do trzeźwości. Bez niego nie ma szans na zrobienie kolejnych. To wbrew wszystkiemu w co wcześniej wierzyliśmy, co myśleliśmy o naszym zdrowieniu. Przecież oczywistą dla nas rzeczą powinno być podjęcie walki z nałogiem. Z jako swoim najgorszym wrogiem. A tutaj mówią nam, że taka walka na nic się nie zda. Że warunkiem powodzenia jest szczere przyznanie się do swej bezsilności. Znam bardzo wiele przypadków alkoholików, którzy po pierwszych, zazwyczaj krótkich,  okresach niepicia uwierzyło, że już po wszystkim. Że alkohol już nimi nie rządzi. Sam się na tym potknąłem. Raz na zawsze musimy zdać sobie sprawę z tego, że dla nas nie istnieje już coś takiego jak picie "kontrolowane". To zwodnicza ułuda. 

   I na nic tutaj się zdadzą samozaparcie, mocne postanowienia, czy silna wola. To nie działa. Zdaję sobie sprawę, że dla ludzi niemających problemów z alkoholem to niewiarygodne. Jak to? Alkohol zniszczył życie. Nie tylko swoje bo  i bliskich. Trzeba więc sobie raz na zawsze postanowić, że nie będzie się więcej piło. Proste. Ale nie działa. Poddać się aby zwyciężyć. To jedyna recepta. Jedyny sposób. Niezmienny i sprawdzony. Tak: wódka jest od nas silniejsza. Trzeba to bezwzględnie zaakceptować i pogodzić się z tym. Poddając się, zwyciężymy. Ja się poddałem. Nie będę już walczył, nie będę obiecywał niczego. 

   To boli. Ale uwierzcie, że poddanie i zaakceptowanie swej bezsilności przynosi ogromną ulgę. Nie ma już wroga. Alkohol był, jest i będzie. I niech sobie będzie. Jestem za słaby, aby z nim walczyć. I wierzę, że dzięki temu dam radę. I wierzę w Was.


środa, 11 stycznia 2012

Dosyć

   I co? Kolejny wieczór. Z przemyśleniami. Nigdy mnie nie opuszczą. Bo nie da się cholera zapomnieć o tym co było. Co się zrobiło. Tak bardzo chciałbym położyć się i zasnąć bez pieprzonych wspomnień. Zasypiam z nimi. Towarzyszą mi przed zaśnięciem i po przebudzeniu. Widocznie jestem już na nie skazany. Nie mam pretensji. Zapracowałem na to swym życiem. 

   Tak wiele dobrych rad słyszę prawie codziennie. Wiem, że są mi dawane z dobrego serca. Szczere. I przyjmuję je. Zgadzam się z nimi. A po przyznaniu im racji kupuję browara i piję go, jednocześnie brzydząc się tym co robię. Co to za pieprzona choroba? Czy aż tak zjechała mózg, że nie ma szans nad tym zapanować? Nie wiem.

   Za dwa tygodnie jadę na weekendowe spotkanie AA. Poszukam tam swojej Wyższej Siły. Wierzę, że ją znajdę. Ona jest przy mnie cały czas. I przy każdym z Was. Tylko jakaś chora duma nie pozwala się na nią otworzyć. Ja nie mam już wyjścia. Nie będę szukał "swoich" sposobów radzenia sobie z piciem. Wiele ich przerabiałem i zawsze poległem. 

   Wiele pisze się o tym, że alkoholik musi osiągnąć swoje dno, aby zmienić swoje życie. Odstawić raz na zawsze wódę. Dno dla każdego ma inny wymiar. Każdy musi je rozpoznać. Ja już swoje rozpoznałem: nie poradzę sobie z tą chorobą sam. Koniec złudzeń. Koniec pieprzenia, że będzie ok. Bo nie będzie. Nie będzie, jeśli dalej będę siebie oszukiwał. I innych. Innych jest czasami łatwo oszukać. I co zostaje po takim oszustwie? Zadowolenie? Udało się. Nie poznali. Ale to mija bardzo szybko. I zostaje się sam na sam ze sobą. Ze wstrętem do siebie. Dosyć.


Polecam

  Każdy ma problemy. Każdy zmaga się ze sobą. Przeczytałem komentarz od  NIEUFNEGO. Nieznanego na ten moment. Może kiedyś Go poznam. Nie odpowiadam  na komentarze na blogu. Jeśli ktoś chce, zawsze może do mnie napisać. Odpowiem na pewno. Ale póki co, zajrzyjcie na zakładkę "warto kliknąć". Jest tam link do Jego bloga. NIEUFNY pisze to co myśli. Szacunek wielki. 


wtorek, 10 stycznia 2012

Szczerość

   To nie jest blog o pogodzie, o filmach, o duperelach. To blog o życiu. Moim życiu. I jeśli pisanie tego bloga ma mieć jakikolwiek sens, to musi być szczere. Dlatego przyznaję się. Wierzyłem pisząc poprzedniego posta, że dam radę. Nie dałem. Wypiłem. Wypiłem dwa piwa. Śmieszna dawka, co nie? Właściwie żadna. Bo co to jest dwa piwa, gdy piło się 0,7 za jednym razem. Albo i więcej. Poprzedniego posta nie napisałem sam. To chyba jasne dla każdego z Was. Wkleiłem tekst bardzo ważny dla mnie. Do myślenia dający. I po takim pięknym tekście dwa piwa walę. Trudno. Stało się. Jutro nowy dzień.

   Jednak te dwa piwa wypite sprowadziły mnie na glebę bardziej niż litr wypity dawniej. Bo wypicie ich pokazało mi, że nadal wierzę w picie kontrolowane. A bardziej w to, że jak mam problem, to mała dawka alkoholu rozjaśni umysł, demony problemów przegoni. I co? I nic.

   Rozmawiałem przez telefon z Żoną. Wszystko było w porządku. Rozmowa miła, przemyślenia. Zapewnienia. I jedno jej niewinne pytanie: piłeś coś? Ja oczywiście odpowiedziałem, że nie. Stare, pijane zaprzeczanie, bagatelizowanie. Ale Żona zna mnie za dobrze. Aż za bardzo dobrze. Poznała po głosie, że coś jednak wypiłem. Ale ja bylem pewien, że nie ma opcji, aby ktokolwiek poznał. Po dwóch piwach? No bez jaj. Niemożliwe. A jednak.

   Jesteśmy już po rozmowie z żoną. Miałem dzisiaj naprawdę wyjątkowo badziewny dzień. Ale to żadne usprawiedliwienie, aby sobie piwo kupić. Już po wszystkim. 

   Piszę na blogu posty o niepiciu, o tym co pomoże trzeźwość zachować. A sam co robię? A może to i dobrze. Mógłbym tutaj ściemniać, pisać jak pięknie sobie radzę. I co by to dało? Oszukałbym siebie i Was. Dlatego macie mnie takiego jakim jestem. Walczę, staram się. A że nie zawsze wychodzi? Trudno. Kiedyś wreszcie wyjdzie.

   I jeszcze jedno. Jutro zapisuję siebie na wyjazd weekendowy. Dla ludzi z problemem alkoholowym. Będzie to w ośrodku przyklasztornym. I jest tam opcja skorzystania z rozmowy sam na sam z osobą duchowną. Skorzystam z niej. Próbowałem zawalczyć sam z moim problemem. I skończyło się jak dawniej: dałem ciała. Kiedyś napiszę o dwunastu krokach. Teraz wiem, że bez Siły Wyższej nie dam rady. 

   I mam nadzieję, pragnę tego, aby pojechała tam ze mną Żona. Kocham Ją. Wierzę, że będziemy tam razem. Sam nikt i nigdy sobie nie poradzi z tą chorobą. A przeze mnie, Ona również cierpiała. Boże niech dzieje się wola Twoja, a nie moja.


poniedziałek, 9 stycznia 2012

Potrzeba bliskości

   Każdy obawia się bliskości, bez względu na to, czy jest tego świadomy, czy nie. Bliskość oznacza odkrycie się przed obcym. Wszyscy jesteśmy sobie obcy: nikt nie zna nikogo. Jesteśmy obcy nawet sobie samym, gdyż tak naprawdę nie wiemy kim jesteśmy.
   Bliskość, zbliżenie się do kogoś obcego oznacza, że musisz odrzucić wszystkie mechanizmy obronne; tylko wtedy owa bliskość jest możliwa. Ale powstaje lęk, że gdy przestaniesz się "bronić"; gdy zrzucisz wszystkie maski jakie nosisz... kto wie, co zrobi z tobą ten obcy, ta druga osoba?

    Wszyscy ukrywamy tysiące rzeczy - nie tylko przed innymi, ale nawet przed samymi sobą - gdyż byliśmy wychowani w chorym społeczeństwie, które narzuciło nam tysiące zahamowań, tysiące zakazów, nakazów, tabu. Stąd lęk przed obcym, bez względu na to, czy żyjesz z tą osobą dziesięć, dwadzieścia, czy trzydzieści lat - owa obcość nigdy nie znika. I czujesz się lepiej, gdy zachowujesz trochę dystansu i masz w zanadrzu swoje mechanizmy obronne, gdyż ktoś może wykorzystać twoją słabość, twoją podatność na zranienie. Tak, każdy, dosłownie każdy obawia się bliskości.

    Ten problem staje się znacznie bardziej poważny, gdyż każdy PRAGNIE bliskości. Każdy pragnie bliskości, gdyż bez niej jesteś samotny we wszechświecie, żyjesz bez przyjaciela, bez ukochanej, bez kogokolwiek komu mógłbyś ufać, bez kogokolwiek przed kim mógłbyś odkryć swoje rany. A pamiętaj, że rany nie zabliźnią się, jeśli nie są odsłonięte. Gdy je zasłonisz, wypełnią się jedynie jeszcze większą ropą.

    Bliskość jest podstawową potrzebą człowieka, więc każdy jej pragnie, ty też... ale jednocześnie pragniesz też, aby to ta DRUGA osoba się zbliżyła; aby się odsłoniła, odrzuciła swoje mechanizmy obronne, odkryła swoje rany, zerwała maski które nosi, odkryła swoją autentyczną osobowość, stanęła zupełnie "nago" przed tobą. A jednocześnie pragnąc bliskości, sam obawiasz się odrzucić swoje "obrony".

    Jest to jeden z zasadniczych konfliktów pomiędzy przyjaciółmi, ukochanymi: nikt nie chce się odsłonić, stanąć w "nagości", zupełnie szczerze przed tym drugim. A oboje pragną bliskości...

    Stąd, jeśli nie odrzucisz zahamowań i stłumień, którymi "obdarowali" cię twoi rodzice, twoje wychowanie, twoje społeczeństwo, twoja kultura i twoja religia, wtedy nigdy tak naprawdę nie zbliżysz się do nikogo. Ale to TY musisz przejąć inicjatywę, nie przerzucaj tego na tę drugą osobę.

    Często, nawet gdy ktoś inny jest gotowy by obdarzyć cię swoją miłością... wtedy wycofujesz się. Pojawia się obawa: "tak, to piękne, ale jak długo będzie to trwać? Wcześniej, czy później będę musiał się odkryć". A miłość oznacza bliskość, miłość to dwie osoby zbliżające się do siebie, miłość to dwa ciała w jednej duszy. I pojawia się lęk, lęk o swoją duszę, swoje wnętrze... "przecież nie jestem doskonały, lepiej się ukryć, lepiej się nie odkrywać, niż narazić na odrzucenie"... I w ten sposób lęk przed odrzuceniem nie pozwala ci przyjąć miłości, nie pozwala ci zbliżyć się do innej osoby.

    Co zatem robić? Pierwszy, podstawowy krok to akceptacja siebie samego, takiego jakim jesteś... odrzuć tradycję, która doprowadziła niemal cały świat do szaleństwa. Spójrz do wewnątrz i odrzuć wszystko, co zostało ci narzucone; wszystko co powoduje twój wstyd. Musisz zaakceptować swoja naturę, taką jaka jest, a nie taką jaka "powinna być". Nie nauczam żadnych "powinienem/nie powinienem". Wszystkie "powinienem/nie powinienem" to przyczyna choroby ludzkiego umysłu. Odrzuć wszystkie powinności bycia kimś ważnym, pobożnym, respektowanym... nie ma nic piękniejszego od bycia prostym i zwyczajnym, od bycia po prostu sobą. Możesz wyrażać siebie autentycznie i szczerze - stajesz się otwarty i ta otwartość pomoże innej osobie otworzyć się przed tobą. Twoja bezpretensjonalna, autentyczna prostota to zachęta dla bliskości, zaufania i otwartości ze strony drugiej osoby. Gdy znikają wszystkie "powinienem/nie powinienem", gdy nie musisz się już ukrywać i bać, wtedy pojawia się bliskość.

    Kiedy pojawia się miłość, kiedy chcesz w nią głębiej wejść, powstaje następny problem. Wchodząc głębiej w miłość, tracisz swoje fałszywe "ja". I zaczynasz się bać, unikać głębi miłości, gdyż ta głębia jest jak śmierć. Zaczynasz tworzyć bariery między sobą a twoją ukochaną, gdyż kobieta wydaje się jak przepaść, przepaść przez którą możesz zostać wchłonięty. Powstałeś z kobiety, ona jest łonem, przepaścią... jeśli może dać ci życie, może dać ci też śmierć. Kobieta jest niebezpieczna, tajemnicza. Nie potrafisz żyć bez niej i jednocześnie nie potrafisz żyć z nią. Nie możesz się od niej oddalić, gdyż bez niej życie jest puste; nie możesz się do niej zupełnie zbliżyć, gdyż wtedy tracisz swoje "ja".

    Ten konflikt jest typowy w każdej miłości. Zatem czynisz kompromisy: nie oddalasz się zbyt daleko, ale też nie zbliżasz się totalnie. Stoisz gdzieś w środku, balansując sobą... ale wtedy miłość nie może się pogłębić. Głębia miłości jest osiągalna tylko wtedy, gdy odrzucisz lęk i skoczysz z zamkniętymi oczami głową w przód.

    Jest to niebezpieczne - miłość może zabić twoje ego, twoje "ja". Miłość to trucizna dla twojego fałszywego "ja". Miłość to życie dla ciebie prawdziwego, miłość to śmierć dla twojego ego. Musisz skoczyć. Musisz się zbliżyć i dosłownie rozpłynąć w kobiecie... ta bliskość to drzwi do boskości, do wieczności.

    Kobieta ma podobny problem. Im bardziej zaczyna zbliżać się do mężczyzny, ten tym bardziej stara się od niej uciec i znajduje tysiące wymówek by się oddalić. Zatem kobieta musi czekać, a czekanie to następny problem: jeśli kobieta nie przejmuje inicjatywy, wygląda to na obojętność, a obojętność może zabić miłość. Nic nie jest bardziej zabójcze dla miłości niż obojętność. Nawet nienawiść jest lepsza, gdyż jest przynajmniej pewnym rodzajem relacji miedzy dwojgiem osób. Miłość może przetrwać nienawiść, ale nie znosi obojętności. I stąd kobieta ma trudności; jeśli przejmuje inicjatywę, mężczyzna ucieka, gdyż większość mężczyzn nie znosi kobiet, które podejmują inicjatywę. Mężczyzna czuje, że zbliża się przepaść, więc lepiej uciec, zanim będzie za późno. Tak właśnie powstają donżuani. Krążą od jednej kobiety do drugiej, wypełnieni lękiem, że przepaść może ich wchłonąć. Donżuani nie są prawdziwymi kochankami, choć na nich wyglądają - każdego dnia nowa kobieta. Donżuani to przestraszeni ludzie, obawiający się bliskości.

    Zatem kobieta również stoi pośrodku; tak jak mężczyzna między lękiem przed przepaścią a pragnieniem bliskości, tak kobieta między przejęciem inicjatywy a obojętnością. Obie sytuacje są złe, to zwykłe kompromisy. A kompromisy nie pozwalają rozkwitnąć miłości. Kompromisy nie pozwalają niczemu rozkwitnąć. Kompromisy to kalkulacja, spryt... potrzebne w biznesie, ale nie mające nic wspólnego z miłością. Więc zaryzykuj, odrzuć bariery swojego ego i skocz... skocz w prawdziwą bliskość, skocz w prawdziwą miłość.

    Na początku miłość ma barwę seksu. Jeśli jest płytka, pozostanie do tego seksu zredukowana; tak naprawdę to nie będzie żadna miłość. A bez miłości seks sprowadza życie do prymitywnego, wręcz obrzydliwego poziomu. Seks może być piękny, gdy towarzyszy mu miłość. Sam w sobie jest obrzydliwy. To tak jakby najpiękniejsze oczy najpiękniejszej kobiety wyjąć z oczodołów. Pozbawione ciała, nawet najpiękniejsze oczy są obrzydliwe.

    Bliskość w stosunku do jednej kobiety lub mężczyzny jest dużo lepsza, niż mnogość relacji partnerskich. Może ta mnogość jest zabawna, ale powierzchowna - nigdy nie zdołasz rozwinąć się wewnętrznie. Miłość to nie sezonowy kwiatek, potrzeba jej wiele czasu by rozkwitła. Każdy mężczyzna ma w sobie pierwiastek kobiecości, każda kobieta ma w sobie pierwiastek męskości. Jedyny sposób, aby się o tej jedności przekonać, to bycie w głębokiej bliskości. Postaraj się bliskości rozkwitnąć tak bardzo, jak to tylko możliwe. Pozwól rozkwitnąć zaufaniu, odrzuć wszystkie bariery dzielące cię od drugiej osoby.

    Według mnie, uduchowienie oznacza ciepło, miłość i bliskość. Źródłem ciepła jest kobieta. Jej miłość i oddanie, połączone z intelektem mężczyzny; jej serce połączone z głową mężczyzny, mogą uczynić cud...

    Dzielcie się swoja miłością, swoimi sercami. Pragnę, aby kobieta i mężczyzna rozwijali się wspólnie, w głębokiej harmonii i poczuciu nieograniczonej bliskości. Tylko w ten sposób możemy zmienić świat.



    Według mnie to bardzo ważny i dający do myślenia tekst. Nie tylko dla alkoholików. Dla każdego.
                                                                                                                                                                                                                                     Dzięki OSHO! 


piątek, 6 stycznia 2012

Miejcie nadzieję

   Tak miło jest poczytać w komentarzach, że ktoś cieszy się z niepicia. Niech tak już będzie zawsze. Niech nigdy nie zapije i wytrwa. Znam życie, znam ludzi, znam przypadki. I nie potrafię zrozumieć jak można zapić po kilkunastu latach trzeźwości. Obym tego nigdy zrozumieć nie musiał na własnym przykładzie.

   Znam doskonale radość z niepicia przez kilka dni, tygodni, miesięcy nawet. Największa radość jest na początku. Wydaje się, że wszystko już za nami. Jak można było być tak głupim? Przecież trzeźwe życie jest takie piękne. To euforia. Jestem trzeźwy! Koniec z przeszłością! Szczerze życzę wszystkim, którzy doświadczają radości z niepicia aby nigdy ich nie opuściła. Wytrwajcie!
  
   Czegokolwiek bym teraz tutaj nie napisał, nijak będzie się miało do tego co napisał Adam Asnyk. Posłuchajcie. I wytrwajcie. Wierzę w Was!




Dar dla Ciebie

   Dzisiaj Święto Trzech Króli. Taka nazwa się przyjęła, niech więc pozostanie. Na pewno nie byli to królowie. Astrolodzy, mędrcy, magowie? Nic nie napisano także o tym ilu ich było. Jedynie pisze się o trzech darach wręczonych Narodzonemu. I od liczby darów przyjęto liczbę darczyńców, kimkolwiek by oni nie byli. Nie interesuje mnie zupełnie, czy było ich trzech, trzynastu, czy może dwudziestu ośmiu. Ani czy imiona ich to Kacper, Melchior i Baltazar. Równie dobrze mogli to być Zenek, Karol i Bronisław. Zastanowiły mnie w tym przekazie dary. Bo pomyślałem sobie tak.

   Budzisz się dzisiaj rano i przy łóżku widzisz tłum z darami dla Ciebie. Nie ma żadnych ograniczeń, wybrać możesz co tylko zechcesz. Od wszelakich dóbr materialnych, po swój wygląd, cechy charakteru, uczucia, talenty. Czego tylko zapragniesz, będziesz to mieć. Warunek: możesz wybrać tylko jeden dar. Co wybierzesz?

   Masz na podjęcie decyzji trzy sekundy. Tak, tylko trzy sekundy. Wiesz dlaczego tak mało czasu Ci daję? Bo więcej i tak  by nic nie zmieniło. Jeśli w ciągu trzech sekund nie potrafisz wymienić czego w życiu  najbardziej pragniesz, to znaczy, że tak naprawdę nigdy nad swym życiem się nie zastanawiałeś.

   I nie ważne teraz, czy jesteś alkoholikiem czynnym, alkoholikiem trzeźwym, DDA, współuzależnionym, a może nie masz z żadną z tych rzeczy nic wspólnego. To dotyczy każdego. Dlatego gdy znajdziesz chwilę na pobycie ze sobą, to pomyśl o tym. Nie na wypadek, że któregoś poranka zobaczysz nad sobą stado Świętych Mikołajów z darami. Chociaż kto wie? Życie jest nieprzewidywalne. Na Twoim miejscu jednak za bardzo bym na to nie liczył.

   Pomyśl o tym czego pragniesz w życiu po to, aby Cię nie zaskoczyło. Gdy będziesz musiał coś wybrać w jednej chwili. Podjąć decyzję, która być może zaważy na Twoim dalszym losie. Naprawdę warto znać wcześniej odpowiedź: czego w życiu pragnę, czym się kieruję, co jest dla mnie ważne. Wtedy trzy sekundy Ci w zupełności wystarczą. I podejmiesz decyzję, której nigdy później nie pożałujesz.

   To blog o życiu po piciu. Czy alkoholik powinien więc wybrać w ciemno dar niepicia? Wydaje się to jego jedynym słusznym wyborem. Bo przecież jeśli wybierze cokolwiek innego, to i tak to straci wcześniej czy później, jeśli nadal będzie pił. Ale czai się tu inne niebezpieczeństwo. Wybierając trzeźwość do końca życia, tak naprawdę do końca życia zwiąże się z alkoholem. Wyrzekając się go, nie uwolni się od niego. Nie będzie pił, ale będzie widział jak piją inni, będzie o tym myślał. Będzie cierpiał. Na tej samej zasadzie jak księża wybierają celibat. Jak sądzicie? Dlaczego kler ma taką obsesję na punkcie seksu? Potępia go, uważa za grzech, zwalcza go? Czyż to nie ten sam mechanizm.?

   Ja nie prosiłbym o dar trzeźwości. Co mi z tego przyjdzie, że na trzeźwo będę nadal komuś czegoś zazdrościł, złościł się i krzywdził innych, okłamywał, pieniądze wydawał na niepotrzebne pierdoły, gdy wokół tyle nieszczęść. Co po takim trzeźwym życiu?

   Mój wybór to dar MIŁOŚCI. Z niej wyniknie wszystko.


czwartek, 5 stycznia 2012

Fizyka alkoholika

  Życie po piciu nie może kręcić się jedynie wokół spraw związanych z alkoholizmem. Alkoholik musi o nich pamiętać, ale nie powinien dać się zwariować i popaść w drugą skrajność: żyć tylko swoim zdrowieniem, trzeźwością, terapiami, mityngami. To wszystko jest bardzo ważne, owszem, ale we wszystkim potrzebne jest dążenie do bycia w równowadze. Każde odchylenie w jedną stronę, spowoduje wcześniej czy później odchył  w przeciwną. A im bardziej wahadło powędruje w prawo, tym większy będzie jego potencjał do bycia na lewo. Fizyka alkoholika. Ale jakże brutalnie daje o sobie znać w realnym życiu, gdy uwierzymy w to, że jej prawa nas nie dotyczą. Gdy będziemy tak jak dawniej "wiedzieli lepiej".

   My alkoholicy musimy zawsze pamiętać kim jesteśmy. Nie mamy jednak prawa do tego, aby wszyscy i wszystko wokół nas miało być podporządkowane naszemu trzeźwieniu. To my musimy dostosować się do otoczenia, a nie na odwrót. Popełnialiśmy błędy, robiliśmy mniej lub bardziej złe rzeczy, krzywdziliśmy innych. To teraz nie ma zmiłuj. Trzeba za to zapłacić. Wziąć się w garść, zacisnąć zęby i walczyć. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc za miesiącem. Z czasem ułożą się z tego całe lata. I tak będzie. Jednak zawsze najważniejszy dla nas ma być ten dzień, który właśnie przeżywamy. Przeżycie go na trzeźwo. Tak pięknie jest położyć się spać będąc trzeźwym. I jeszcze piękniej się takim przebudzić. Wiecie doskonale jakie to uczucie.

   A jutro? Spokojnie. O jutro zawalczymy jutro. 
    

  

wtorek, 3 stycznia 2012

Wszystko albo nic?

   "Gdy ogarnia cię ostra depresja, nie próbuj uporządkować całego twego życia naraz. Jeśli bierzesz na siebie tak ciężkie zadania, którym w danej chwili z pewnością nie podołasz, to pozwalasz, by zwodziła cię twoja własna podświadomość. W ten sposób gwarantujesz sobie niepowodzenie, a gdy faktycznie staje się ono rzeczywistością, stanowi to dla ciebie kolejne alibi, pozwalające ci jeszcze bardziej wycofać się w depresję.
   Krótko mówiąc, postawa "wszystko albo nic" jest najbardziej destrukcyjna. Dlatego najlepiej jest zaczynać od absolutnego minimum aktywności. Potem należy pracować nad stopniowym jej zwiększaniem - dzień po dniu. Nie niepokój się nawrotami - po prostu wciąż zaczynaj od nowa."
                                                                                                                                                  Bill W.


   Czytałem to będąc na terapii. Ale było to tylko szybkie czytanie tej i innych książek. Naprędce, bez refleksji, zastanowienia, przemyślenia. Bo ja już wtedy wiedziałem, że jestem zdrowy. Że jak tylko wrócę z ośrodka to zawojuję świat. Będę kochał jak nigdy, będę kochanym. Bez problemu i szybko ponaprawiam błędy. Odrobię straty materialne. I w ogóle wszystko najgorsze już za mną. A przede mną piękne, trzeźwe życie. Nie myślałem o tym, że postęp będzie wymagał wielkiego wysiłku, samozaparcia. Że będą upadki, zwątpienia i ciosy z najmniej spodziewanych kierunków. To wszystko jednak było. Teraz wiem, jak byłem naiwny. Już się nie łudzę, że na pewno dam sobie radę. Wierzę w to mocno i szczerze, ale nie twierdzę, że  na pewno sobie poradzę. Nabrałem pokory i dystansu.

   Niczego już nie mam zamiaru traktować w kategoriach "wszystko albo nic".  Z takiego podejścia prawie zawsze zostaje "nic", a nawet jeszcze mniej. Będę robił wszystko co w mej mocy, będę się starał. Cieszyć mnie będą najdrobniejsze postępy i sukcesy. A nieuniknione porażki i chwile zwątpienia przyjmę z pokorą. Nie załamią mnie. Przecież równie dobrze mogło mnie już nie być na tym świecie. I cóż takiego by się stało? Skoro jednak jestem jeszcze pośród żywych, to mam coś jeszcze do zrobienia na tej planecie. I zrobię to.

   Tym bardziej, że są osoby, które mimo wszystko wciąż we mnie wierzą.


niedziela, 1 stycznia 2012

Wystartował Nowy Rok

   Pierwszy dzień 2012. Ponoć ma być w tym roku koniec świata. Mam wielką nadzieję, że ta przepowiednia się spełni. Że będzie to zarówno dla mnie, jak i dla Was koniec świata. Pijanego. A narodzi się świat trzeźwy. Przyniesie dotrzymanie obietnic. Realizację planów. Marzeń spełnienie. Tak Wy jak i ja doskonale wiemy, że świat sam od siebie niczego nam na tacy nie poda. Będziemy musieli o to zawalczyć sami. Nie będzie łatwo. Wzloty i upadki będą. I dobrze. Damy radę. 

   Pierwszy dzień roku to dla mnie wizyta na grobie mojego Taty. Dzisiaj są Jego imieniny. Byłem. Zapaliłem świeczkę. Porozmawiałem z Nim. Dlaczego nie potrafiłem tak rozmawiać gdy żył. Jeśli chcecie coś powiedzieć swoim Bliskim, nie odkładajcie tego nigdy. Abyście później nie musieli mówić do pomnika. Bo życie w jednej sekundzie może sprawić, że na coś będzie już za późno. 

   Dzisiaj mój Tato ma imieniny, a jutro ja mam urodziny. Gdybym urodził się dzień wcześniej byłbym dla Niego prezentem imieninowym. Wtedy na pewno by się takim prezentem ucieszył. Ale gdyby dzisiaj żył, pewno wolałby takiego prezentu nigdy nie dostać. Nie wiem tego i nigdy się nie dowiem. 

   Sam sobie urodzinową piosenkę zapodaję....


   Wydaje mi się, że gdy Edek pisał ten tekst, to myślał o mnie. Niesamowite jak bardzo oddaje moją obecną sytuację...