poniedziałek, 9 stycznia 2012

Potrzeba bliskości

   Każdy obawia się bliskości, bez względu na to, czy jest tego świadomy, czy nie. Bliskość oznacza odkrycie się przed obcym. Wszyscy jesteśmy sobie obcy: nikt nie zna nikogo. Jesteśmy obcy nawet sobie samym, gdyż tak naprawdę nie wiemy kim jesteśmy.
   Bliskość, zbliżenie się do kogoś obcego oznacza, że musisz odrzucić wszystkie mechanizmy obronne; tylko wtedy owa bliskość jest możliwa. Ale powstaje lęk, że gdy przestaniesz się "bronić"; gdy zrzucisz wszystkie maski jakie nosisz... kto wie, co zrobi z tobą ten obcy, ta druga osoba?

    Wszyscy ukrywamy tysiące rzeczy - nie tylko przed innymi, ale nawet przed samymi sobą - gdyż byliśmy wychowani w chorym społeczeństwie, które narzuciło nam tysiące zahamowań, tysiące zakazów, nakazów, tabu. Stąd lęk przed obcym, bez względu na to, czy żyjesz z tą osobą dziesięć, dwadzieścia, czy trzydzieści lat - owa obcość nigdy nie znika. I czujesz się lepiej, gdy zachowujesz trochę dystansu i masz w zanadrzu swoje mechanizmy obronne, gdyż ktoś może wykorzystać twoją słabość, twoją podatność na zranienie. Tak, każdy, dosłownie każdy obawia się bliskości.

    Ten problem staje się znacznie bardziej poważny, gdyż każdy PRAGNIE bliskości. Każdy pragnie bliskości, gdyż bez niej jesteś samotny we wszechświecie, żyjesz bez przyjaciela, bez ukochanej, bez kogokolwiek komu mógłbyś ufać, bez kogokolwiek przed kim mógłbyś odkryć swoje rany. A pamiętaj, że rany nie zabliźnią się, jeśli nie są odsłonięte. Gdy je zasłonisz, wypełnią się jedynie jeszcze większą ropą.

    Bliskość jest podstawową potrzebą człowieka, więc każdy jej pragnie, ty też... ale jednocześnie pragniesz też, aby to ta DRUGA osoba się zbliżyła; aby się odsłoniła, odrzuciła swoje mechanizmy obronne, odkryła swoje rany, zerwała maski które nosi, odkryła swoją autentyczną osobowość, stanęła zupełnie "nago" przed tobą. A jednocześnie pragnąc bliskości, sam obawiasz się odrzucić swoje "obrony".

    Jest to jeden z zasadniczych konfliktów pomiędzy przyjaciółmi, ukochanymi: nikt nie chce się odsłonić, stanąć w "nagości", zupełnie szczerze przed tym drugim. A oboje pragną bliskości...

    Stąd, jeśli nie odrzucisz zahamowań i stłumień, którymi "obdarowali" cię twoi rodzice, twoje wychowanie, twoje społeczeństwo, twoja kultura i twoja religia, wtedy nigdy tak naprawdę nie zbliżysz się do nikogo. Ale to TY musisz przejąć inicjatywę, nie przerzucaj tego na tę drugą osobę.

    Często, nawet gdy ktoś inny jest gotowy by obdarzyć cię swoją miłością... wtedy wycofujesz się. Pojawia się obawa: "tak, to piękne, ale jak długo będzie to trwać? Wcześniej, czy później będę musiał się odkryć". A miłość oznacza bliskość, miłość to dwie osoby zbliżające się do siebie, miłość to dwa ciała w jednej duszy. I pojawia się lęk, lęk o swoją duszę, swoje wnętrze... "przecież nie jestem doskonały, lepiej się ukryć, lepiej się nie odkrywać, niż narazić na odrzucenie"... I w ten sposób lęk przed odrzuceniem nie pozwala ci przyjąć miłości, nie pozwala ci zbliżyć się do innej osoby.

    Co zatem robić? Pierwszy, podstawowy krok to akceptacja siebie samego, takiego jakim jesteś... odrzuć tradycję, która doprowadziła niemal cały świat do szaleństwa. Spójrz do wewnątrz i odrzuć wszystko, co zostało ci narzucone; wszystko co powoduje twój wstyd. Musisz zaakceptować swoja naturę, taką jaka jest, a nie taką jaka "powinna być". Nie nauczam żadnych "powinienem/nie powinienem". Wszystkie "powinienem/nie powinienem" to przyczyna choroby ludzkiego umysłu. Odrzuć wszystkie powinności bycia kimś ważnym, pobożnym, respektowanym... nie ma nic piękniejszego od bycia prostym i zwyczajnym, od bycia po prostu sobą. Możesz wyrażać siebie autentycznie i szczerze - stajesz się otwarty i ta otwartość pomoże innej osobie otworzyć się przed tobą. Twoja bezpretensjonalna, autentyczna prostota to zachęta dla bliskości, zaufania i otwartości ze strony drugiej osoby. Gdy znikają wszystkie "powinienem/nie powinienem", gdy nie musisz się już ukrywać i bać, wtedy pojawia się bliskość.

    Kiedy pojawia się miłość, kiedy chcesz w nią głębiej wejść, powstaje następny problem. Wchodząc głębiej w miłość, tracisz swoje fałszywe "ja". I zaczynasz się bać, unikać głębi miłości, gdyż ta głębia jest jak śmierć. Zaczynasz tworzyć bariery między sobą a twoją ukochaną, gdyż kobieta wydaje się jak przepaść, przepaść przez którą możesz zostać wchłonięty. Powstałeś z kobiety, ona jest łonem, przepaścią... jeśli może dać ci życie, może dać ci też śmierć. Kobieta jest niebezpieczna, tajemnicza. Nie potrafisz żyć bez niej i jednocześnie nie potrafisz żyć z nią. Nie możesz się od niej oddalić, gdyż bez niej życie jest puste; nie możesz się do niej zupełnie zbliżyć, gdyż wtedy tracisz swoje "ja".

    Ten konflikt jest typowy w każdej miłości. Zatem czynisz kompromisy: nie oddalasz się zbyt daleko, ale też nie zbliżasz się totalnie. Stoisz gdzieś w środku, balansując sobą... ale wtedy miłość nie może się pogłębić. Głębia miłości jest osiągalna tylko wtedy, gdy odrzucisz lęk i skoczysz z zamkniętymi oczami głową w przód.

    Jest to niebezpieczne - miłość może zabić twoje ego, twoje "ja". Miłość to trucizna dla twojego fałszywego "ja". Miłość to życie dla ciebie prawdziwego, miłość to śmierć dla twojego ego. Musisz skoczyć. Musisz się zbliżyć i dosłownie rozpłynąć w kobiecie... ta bliskość to drzwi do boskości, do wieczności.

    Kobieta ma podobny problem. Im bardziej zaczyna zbliżać się do mężczyzny, ten tym bardziej stara się od niej uciec i znajduje tysiące wymówek by się oddalić. Zatem kobieta musi czekać, a czekanie to następny problem: jeśli kobieta nie przejmuje inicjatywy, wygląda to na obojętność, a obojętność może zabić miłość. Nic nie jest bardziej zabójcze dla miłości niż obojętność. Nawet nienawiść jest lepsza, gdyż jest przynajmniej pewnym rodzajem relacji miedzy dwojgiem osób. Miłość może przetrwać nienawiść, ale nie znosi obojętności. I stąd kobieta ma trudności; jeśli przejmuje inicjatywę, mężczyzna ucieka, gdyż większość mężczyzn nie znosi kobiet, które podejmują inicjatywę. Mężczyzna czuje, że zbliża się przepaść, więc lepiej uciec, zanim będzie za późno. Tak właśnie powstają donżuani. Krążą od jednej kobiety do drugiej, wypełnieni lękiem, że przepaść może ich wchłonąć. Donżuani nie są prawdziwymi kochankami, choć na nich wyglądają - każdego dnia nowa kobieta. Donżuani to przestraszeni ludzie, obawiający się bliskości.

    Zatem kobieta również stoi pośrodku; tak jak mężczyzna między lękiem przed przepaścią a pragnieniem bliskości, tak kobieta między przejęciem inicjatywy a obojętnością. Obie sytuacje są złe, to zwykłe kompromisy. A kompromisy nie pozwalają rozkwitnąć miłości. Kompromisy nie pozwalają niczemu rozkwitnąć. Kompromisy to kalkulacja, spryt... potrzebne w biznesie, ale nie mające nic wspólnego z miłością. Więc zaryzykuj, odrzuć bariery swojego ego i skocz... skocz w prawdziwą bliskość, skocz w prawdziwą miłość.

    Na początku miłość ma barwę seksu. Jeśli jest płytka, pozostanie do tego seksu zredukowana; tak naprawdę to nie będzie żadna miłość. A bez miłości seks sprowadza życie do prymitywnego, wręcz obrzydliwego poziomu. Seks może być piękny, gdy towarzyszy mu miłość. Sam w sobie jest obrzydliwy. To tak jakby najpiękniejsze oczy najpiękniejszej kobiety wyjąć z oczodołów. Pozbawione ciała, nawet najpiękniejsze oczy są obrzydliwe.

    Bliskość w stosunku do jednej kobiety lub mężczyzny jest dużo lepsza, niż mnogość relacji partnerskich. Może ta mnogość jest zabawna, ale powierzchowna - nigdy nie zdołasz rozwinąć się wewnętrznie. Miłość to nie sezonowy kwiatek, potrzeba jej wiele czasu by rozkwitła. Każdy mężczyzna ma w sobie pierwiastek kobiecości, każda kobieta ma w sobie pierwiastek męskości. Jedyny sposób, aby się o tej jedności przekonać, to bycie w głębokiej bliskości. Postaraj się bliskości rozkwitnąć tak bardzo, jak to tylko możliwe. Pozwól rozkwitnąć zaufaniu, odrzuć wszystkie bariery dzielące cię od drugiej osoby.

    Według mnie, uduchowienie oznacza ciepło, miłość i bliskość. Źródłem ciepła jest kobieta. Jej miłość i oddanie, połączone z intelektem mężczyzny; jej serce połączone z głową mężczyzny, mogą uczynić cud...

    Dzielcie się swoja miłością, swoimi sercami. Pragnę, aby kobieta i mężczyzna rozwijali się wspólnie, w głębokiej harmonii i poczuciu nieograniczonej bliskości. Tylko w ten sposób możemy zmienić świat.



    Według mnie to bardzo ważny i dający do myślenia tekst. Nie tylko dla alkoholików. Dla każdego.
                                                                                                                                                                                                                                     Dzięki OSHO! 


piątek, 6 stycznia 2012

Miejcie nadzieję

   Tak miło jest poczytać w komentarzach, że ktoś cieszy się z niepicia. Niech tak już będzie zawsze. Niech nigdy nie zapije i wytrwa. Znam życie, znam ludzi, znam przypadki. I nie potrafię zrozumieć jak można zapić po kilkunastu latach trzeźwości. Obym tego nigdy zrozumieć nie musiał na własnym przykładzie.

   Znam doskonale radość z niepicia przez kilka dni, tygodni, miesięcy nawet. Największa radość jest na początku. Wydaje się, że wszystko już za nami. Jak można było być tak głupim? Przecież trzeźwe życie jest takie piękne. To euforia. Jestem trzeźwy! Koniec z przeszłością! Szczerze życzę wszystkim, którzy doświadczają radości z niepicia aby nigdy ich nie opuściła. Wytrwajcie!
  
   Czegokolwiek bym teraz tutaj nie napisał, nijak będzie się miało do tego co napisał Adam Asnyk. Posłuchajcie. I wytrwajcie. Wierzę w Was!




Dar dla Ciebie

   Dzisiaj Święto Trzech Króli. Taka nazwa się przyjęła, niech więc pozostanie. Na pewno nie byli to królowie. Astrolodzy, mędrcy, magowie? Nic nie napisano także o tym ilu ich było. Jedynie pisze się o trzech darach wręczonych Narodzonemu. I od liczby darów przyjęto liczbę darczyńców, kimkolwiek by oni nie byli. Nie interesuje mnie zupełnie, czy było ich trzech, trzynastu, czy może dwudziestu ośmiu. Ani czy imiona ich to Kacper, Melchior i Baltazar. Równie dobrze mogli to być Zenek, Karol i Bronisław. Zastanowiły mnie w tym przekazie dary. Bo pomyślałem sobie tak.

   Budzisz się dzisiaj rano i przy łóżku widzisz tłum z darami dla Ciebie. Nie ma żadnych ograniczeń, wybrać możesz co tylko zechcesz. Od wszelakich dóbr materialnych, po swój wygląd, cechy charakteru, uczucia, talenty. Czego tylko zapragniesz, będziesz to mieć. Warunek: możesz wybrać tylko jeden dar. Co wybierzesz?

   Masz na podjęcie decyzji trzy sekundy. Tak, tylko trzy sekundy. Wiesz dlaczego tak mało czasu Ci daję? Bo więcej i tak  by nic nie zmieniło. Jeśli w ciągu trzech sekund nie potrafisz wymienić czego w życiu  najbardziej pragniesz, to znaczy, że tak naprawdę nigdy nad swym życiem się nie zastanawiałeś.

   I nie ważne teraz, czy jesteś alkoholikiem czynnym, alkoholikiem trzeźwym, DDA, współuzależnionym, a może nie masz z żadną z tych rzeczy nic wspólnego. To dotyczy każdego. Dlatego gdy znajdziesz chwilę na pobycie ze sobą, to pomyśl o tym. Nie na wypadek, że któregoś poranka zobaczysz nad sobą stado Świętych Mikołajów z darami. Chociaż kto wie? Życie jest nieprzewidywalne. Na Twoim miejscu jednak za bardzo bym na to nie liczył.

   Pomyśl o tym czego pragniesz w życiu po to, aby Cię nie zaskoczyło. Gdy będziesz musiał coś wybrać w jednej chwili. Podjąć decyzję, która być może zaważy na Twoim dalszym losie. Naprawdę warto znać wcześniej odpowiedź: czego w życiu pragnę, czym się kieruję, co jest dla mnie ważne. Wtedy trzy sekundy Ci w zupełności wystarczą. I podejmiesz decyzję, której nigdy później nie pożałujesz.

   To blog o życiu po piciu. Czy alkoholik powinien więc wybrać w ciemno dar niepicia? Wydaje się to jego jedynym słusznym wyborem. Bo przecież jeśli wybierze cokolwiek innego, to i tak to straci wcześniej czy później, jeśli nadal będzie pił. Ale czai się tu inne niebezpieczeństwo. Wybierając trzeźwość do końca życia, tak naprawdę do końca życia zwiąże się z alkoholem. Wyrzekając się go, nie uwolni się od niego. Nie będzie pił, ale będzie widział jak piją inni, będzie o tym myślał. Będzie cierpiał. Na tej samej zasadzie jak księża wybierają celibat. Jak sądzicie? Dlaczego kler ma taką obsesję na punkcie seksu? Potępia go, uważa za grzech, zwalcza go? Czyż to nie ten sam mechanizm.?

   Ja nie prosiłbym o dar trzeźwości. Co mi z tego przyjdzie, że na trzeźwo będę nadal komuś czegoś zazdrościł, złościł się i krzywdził innych, okłamywał, pieniądze wydawał na niepotrzebne pierdoły, gdy wokół tyle nieszczęść. Co po takim trzeźwym życiu?

   Mój wybór to dar MIŁOŚCI. Z niej wyniknie wszystko.


czwartek, 5 stycznia 2012

Fizyka alkoholika

  Życie po piciu nie może kręcić się jedynie wokół spraw związanych z alkoholizmem. Alkoholik musi o nich pamiętać, ale nie powinien dać się zwariować i popaść w drugą skrajność: żyć tylko swoim zdrowieniem, trzeźwością, terapiami, mityngami. To wszystko jest bardzo ważne, owszem, ale we wszystkim potrzebne jest dążenie do bycia w równowadze. Każde odchylenie w jedną stronę, spowoduje wcześniej czy później odchył  w przeciwną. A im bardziej wahadło powędruje w prawo, tym większy będzie jego potencjał do bycia na lewo. Fizyka alkoholika. Ale jakże brutalnie daje o sobie znać w realnym życiu, gdy uwierzymy w to, że jej prawa nas nie dotyczą. Gdy będziemy tak jak dawniej "wiedzieli lepiej".

   My alkoholicy musimy zawsze pamiętać kim jesteśmy. Nie mamy jednak prawa do tego, aby wszyscy i wszystko wokół nas miało być podporządkowane naszemu trzeźwieniu. To my musimy dostosować się do otoczenia, a nie na odwrót. Popełnialiśmy błędy, robiliśmy mniej lub bardziej złe rzeczy, krzywdziliśmy innych. To teraz nie ma zmiłuj. Trzeba za to zapłacić. Wziąć się w garść, zacisnąć zęby i walczyć. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc za miesiącem. Z czasem ułożą się z tego całe lata. I tak będzie. Jednak zawsze najważniejszy dla nas ma być ten dzień, który właśnie przeżywamy. Przeżycie go na trzeźwo. Tak pięknie jest położyć się spać będąc trzeźwym. I jeszcze piękniej się takim przebudzić. Wiecie doskonale jakie to uczucie.

   A jutro? Spokojnie. O jutro zawalczymy jutro. 
    

  

wtorek, 3 stycznia 2012

Wszystko albo nic?

   "Gdy ogarnia cię ostra depresja, nie próbuj uporządkować całego twego życia naraz. Jeśli bierzesz na siebie tak ciężkie zadania, którym w danej chwili z pewnością nie podołasz, to pozwalasz, by zwodziła cię twoja własna podświadomość. W ten sposób gwarantujesz sobie niepowodzenie, a gdy faktycznie staje się ono rzeczywistością, stanowi to dla ciebie kolejne alibi, pozwalające ci jeszcze bardziej wycofać się w depresję.
   Krótko mówiąc, postawa "wszystko albo nic" jest najbardziej destrukcyjna. Dlatego najlepiej jest zaczynać od absolutnego minimum aktywności. Potem należy pracować nad stopniowym jej zwiększaniem - dzień po dniu. Nie niepokój się nawrotami - po prostu wciąż zaczynaj od nowa."
                                                                                                                                                  Bill W.


   Czytałem to będąc na terapii. Ale było to tylko szybkie czytanie tej i innych książek. Naprędce, bez refleksji, zastanowienia, przemyślenia. Bo ja już wtedy wiedziałem, że jestem zdrowy. Że jak tylko wrócę z ośrodka to zawojuję świat. Będę kochał jak nigdy, będę kochanym. Bez problemu i szybko ponaprawiam błędy. Odrobię straty materialne. I w ogóle wszystko najgorsze już za mną. A przede mną piękne, trzeźwe życie. Nie myślałem o tym, że postęp będzie wymagał wielkiego wysiłku, samozaparcia. Że będą upadki, zwątpienia i ciosy z najmniej spodziewanych kierunków. To wszystko jednak było. Teraz wiem, jak byłem naiwny. Już się nie łudzę, że na pewno dam sobie radę. Wierzę w to mocno i szczerze, ale nie twierdzę, że  na pewno sobie poradzę. Nabrałem pokory i dystansu.

   Niczego już nie mam zamiaru traktować w kategoriach "wszystko albo nic".  Z takiego podejścia prawie zawsze zostaje "nic", a nawet jeszcze mniej. Będę robił wszystko co w mej mocy, będę się starał. Cieszyć mnie będą najdrobniejsze postępy i sukcesy. A nieuniknione porażki i chwile zwątpienia przyjmę z pokorą. Nie załamią mnie. Przecież równie dobrze mogło mnie już nie być na tym świecie. I cóż takiego by się stało? Skoro jednak jestem jeszcze pośród żywych, to mam coś jeszcze do zrobienia na tej planecie. I zrobię to.

   Tym bardziej, że są osoby, które mimo wszystko wciąż we mnie wierzą.


niedziela, 1 stycznia 2012

Wystartował Nowy Rok

   Pierwszy dzień 2012. Ponoć ma być w tym roku koniec świata. Mam wielką nadzieję, że ta przepowiednia się spełni. Że będzie to zarówno dla mnie, jak i dla Was koniec świata. Pijanego. A narodzi się świat trzeźwy. Przyniesie dotrzymanie obietnic. Realizację planów. Marzeń spełnienie. Tak Wy jak i ja doskonale wiemy, że świat sam od siebie niczego nam na tacy nie poda. Będziemy musieli o to zawalczyć sami. Nie będzie łatwo. Wzloty i upadki będą. I dobrze. Damy radę. 

   Pierwszy dzień roku to dla mnie wizyta na grobie mojego Taty. Dzisiaj są Jego imieniny. Byłem. Zapaliłem świeczkę. Porozmawiałem z Nim. Dlaczego nie potrafiłem tak rozmawiać gdy żył. Jeśli chcecie coś powiedzieć swoim Bliskim, nie odkładajcie tego nigdy. Abyście później nie musieli mówić do pomnika. Bo życie w jednej sekundzie może sprawić, że na coś będzie już za późno. 

   Dzisiaj mój Tato ma imieniny, a jutro ja mam urodziny. Gdybym urodził się dzień wcześniej byłbym dla Niego prezentem imieninowym. Wtedy na pewno by się takim prezentem ucieszył. Ale gdyby dzisiaj żył, pewno wolałby takiego prezentu nigdy nie dostać. Nie wiem tego i nigdy się nie dowiem. 

   Sam sobie urodzinową piosenkę zapodaję....


   Wydaje mi się, że gdy Edek pisał ten tekst, to myślał o mnie. Niesamowite jak bardzo oddaje moją obecną sytuację...


sobota, 31 grudnia 2011

Dezyderata

   Dezyderata jest czytana na  spotkaniach grup AA. Nie wiem, czy każdy wsłuchuje się w jej słowa i bierze je do siebie. Dlatego na ten Nowy Rok posłuchajcie dezyderaty w wykonaniu zespołu Piwnicy. Piwnicy Pod Baranami. Bywałem tam swego czasu. Piękne krakowskie czasy....

   Posłuchajcie, bo tekst warty posłuchania. A jeszcze bardziej zrozumienia i przemyślenia. Żyjcie według niego, a  wtedy na pewno nadchodzący rok będzie dla Was dobry.




Radujmy się!

   Dzięki za komentarze. Nie spodziewałem się ich wieczorem sylwestrowym. Świadczy to o tym, że ta moja pisanina do kogoś dociera. A jeśli komuś pomaga, daje do myślenia, to jest pięknie. Właściwie to chodzi mi w tym blogu głównie o to, aby dać do myślenia. Nie rozpisuję się tutaj o moim życiu przed piciem. Zabrałoby to mnóstwo miejsca, a niewiele by dało. Każdy ma swoją przeszłość. Jeśli ktoś będzie chciał poczytać "piciorysy" to znajdzie ich w necie mnóstwo. Nie po to ten blog.

   Byłem dzisiaj rano na grupie AA. Sylwester. Myślałem, że będzie tam niewielu. A było więcej niż zwykle. Tematem dnia był poprzedni rok. Jak go przeżyliśmy. Co udało się zyskać, a co przyszło stracić. Wypowiedzi przeróżne. Z każdej jednak przebijał jeden motyw: trzeźwość. To niesamowite jak można cieszyć się z trzeźwości. To coś niepojętego dla kogoś, kto nie pił destrukcyjnie. To tak, jakby ktoś cieszył się z tego, że oddycha. Wszyscy na codzień oddychają. Nikt tego nie zauważa nawet. Pomyślcie: jak wytłumaczyć komuś, kto nie jest alkoholikiem, radość z niepicia. Da się? Nie sądzę. 

   Dlatego radujmy się tym co mamy. To nic, że inni mogą nas nie rozumieć. Radujmy się nadchodzącym trzeźwym rokiem! I takiego właśnie roku Wam z całego serca życzę.


Dobrego Nowego Roku

   Nowy Rok. Nadchodzi. Nie chce mi się pisać tego posta. Przed chwilą poszło się walić właściwie wszystko to, na co liczyłem. Zasłużyłem na to. Jak na wszystko w tym życiu. Żałuję. Ale kogo to teraz obchodzi.

   Wam życzę wszystkiego dobrego w nadchodzącym roku. Niech będzie taki jakiego pragniecie.



czwartek, 29 grudnia 2011

Tyle marzeń do spełnienia

  No i minęły. Chyba po raz pierwszy przyjrzałem się im z dystansu. Szkoda, że dopiero teraz. Mogłem tak spojrzeć na nie o wiele dawniej. Wtedy widać jaka jest naprawdę zawartość świąt w świętach. A jest niewielka. Nie twierdzę, że u wszystkich i zawsze, ale u przytłaczającej większości na pewno.

   Jeśli przyjąć, że zakupy, prezenty i jedzenie zaliczają się do świąt, to z roku na rok święta są coraz piękniejsze. Ale to chyba jednak niezupełnie o to ma w tym wszystkim chodzić. No ale czego wymagać, gdy tak do końca  sami nie wiemy co świętujemy pod koniec grudnia. To nic, że Chrystus narodził się tak naprawdę pięć lat przed Chrystusem, to nic że na wiosnę a nie w grudniu, ważne że święta.

   Ale mnie na przemyślenia wzięło. A co ja robiłem dawniej ze świętami? No właśnie. Zakupy, prezenty, choinka, odbębnić jeszcze wigilię i spokój. A i tak spokój nie do końca. Bo trzeba było rodzinę zaprosić, albo iść do rodziny lub znajomych. I te świąteczne obiadki, spotkania. Drażniły. A alkoholika drażniły podwójnie. Była wódka na stole. Lepiej żeby wcale jej tam nie było. To picie po jednym kieliszku na pół godziny. Trzeba rozmawiać, uśmiechać się, a w środku wszystko się gotuje. Podrażniony organizm  domaga się coraz natarczywiej dawki do jakiej jest przyzwyczajony. Katorga.  Kto pił, ten wie o czym piszę.

   W tym roku miałem chyba najskromniejsze święta odkąd pamiętam. I było pięknie. Były życzenia. Szczere. Były słowa gorzkie, bo takie paść musiały. Ale wszystko było prawdziwe. Trzeźwe.

   A co w nadchodzącym roku? Nie wiem. Ale będę z pewnością czekał z utęsknieniem na kolejne święta. Spodobały mi się. I mam jeszcze tyle marzeń do spełnienia...